- Napisałam, że spotkania autorskie mnie męczą. Muszę szybko się zorientować, czego czytelnicy oczekują. Jest to coś przeraźliwie męczącego i trudnego. Jeśli zadają pytania, to pół biedy. Jeśli nie, i tylko siedzą i czekają aż się samemu coś powie, to człowiek czuje się jak wymięta szmata. Składając autografy człowiek się nie męczy, najwyżej ręce odpadają.
- Dlaczego zaczęła Pani pisać pod pseudonimem?
- Akurat rozwodziłam się z moim mężem. I pomyślałam sobie, że może mieć do mnie pretensje, bo szargam jego nazwisko po literaturze, jego zdaniem podrzędnej.
- Nie miała Pani ochoty zmienić troszkę swego stylu? Skrócić narrację? Przydługa może młodego czytelnika trochę zniechęcić.
- Zależy kto, czego słucha. Nie chcę poprzestać na rejestracji faktów, podawaniu ich. Lęgnie mi się coś pomiędzy. Nazwijmy to komentarzem. Nie chcę z niego zrezygnować.
- W autobiografii "Dzieciństwo", miłe wspomnienia opisała Pani ze szczegółami, rozwlekle, a przez trzecią młodość przeleciała błyskawicznie. Jawi się li tylko jako zapis pewnych wydarzeń tłumaczących sytuacje książkowe.
- Po to w ogóle napisałam autobiografię. Żeby odczepić się od dziennikarzy. Odpowiedzieć zbiorowo czytelnikom, co było prawdą co nie, kto jest autentyczny, kto nie, skąd się wziął jaki pomysł.
- Plotka niesie, że gra Pani namiętnie na wyścigach, w brydża. Ile Pani w życiu przegrała?
- Nie liczy się przegranych. Kropka.
- A wygrane?
- Jak ktoś chce...
- Na giełdzie Pani gra?
- Nie, nie miałam czasu. Moje kanadyjskie dziecko (młodszy syn, Robert - przyp. red. 3) które wdało się w studia nad maklerstwem giełdowym powiedziało: "Matka, ty się nie bierz za tę waszą giełdę, bo ona jest niepoważna".
- Jeszcze gra Pani w ruletkę?
- Hmm, w kasynie. Lubię, ale nie mam czasu. Młodszy mnie utemperował: "Matka, co ty właściwie sobie myślisz, Simenon pisał jedną książkę przez dwa tygodnie, a Ty co?".
- Przyjaźniła się Pani kiedyś z którymś polityków?
- Broń Boże! Oni by ze mną nie wytrzymali, a ja z nimi.
- Przed 1989 rokiem miała Pani jednak dużo swobody. Dla wielu granice były zamknięte, a Pani bez przeszkód podróżowała.
- Od 60 lat. Nie popełniłam żadnych przestępstw, nie wdawałam się kompletnie w politykę, nie pisałam niczego szkodliwego. Moje książki były neutralne. Nie było żadnych powodów, żeby mnie trzymać. A gdyby spróbowali? O Chryste! Zrobiłabym rozróbę, jak stąd do Australii. Pół roku czepiałam się też o wyjazdy bez zaproszeń i tę wojnę z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych wygrałam. Dostałam zezwolenie i trzeba było widzieć wyraz twarzy panienki w biurze paszportowym. Jakby przed tym okienkiem stało coś robaczywego, albo inna ohyda. Nawet w stanie wojennym wyjechałam bez zaproszeń. Miałam, ale nie skorzystałam, na złość.
- Jak traktują panią koledzy literaci?
- Lubią mnie, bo ja nikomu nic złego nie zrobiłam. Choć jest na pewno kilka osób, które mnie nie znoszą.
- Co Pani sądzi o kondycji pisarzy przed i po zmianach w państwie?
- Nie ma siły, lepsi są ci, którzy są czytani. Kiedyś pisarz mógł pisać "cegły" i forsę dostał. Teraz rynek głosuje i rynek decyduje.
- Czyli szansę na przeżycie ma ten, który pisze dla milionów?
- Nie, ten który jest poczytny, pisze dla ludzi.
- Pisze dla ludzi i jest poczytny również ten, który ma nakład kilkunastu egzemplarzy.
- W tej chwili decyduje wydawca, on zna rynek. Może wydawać coś potwornie drogiego, w dwóch tysiącach egzemplarzy. Wie, że na tym nie straci, bo ludzie wykupują nakład, bo dla nich jest to interesująca pozycja.
- Jednak wielkość zysku wydawcy sprawia, że na rynek trafia przede wszystkim literatura komercyjna. Zalewa nas szmira typu Harlequiny, mało jest pozycji trudnych, ambitnych.
- Trudno, najpierw baza, potem nadbudowa. Najpierw zjemy śledzia, potem będziemy wąchać kwiatki.
- Jednym słowem, ta święta i czczona niegdyś książka staje się towarem, jak każdy.
- Jak szampon do włosów.
- Zatem nie widzi Pani nic złego w tym, że pisząc książkę zastanawia się, czy ją ludzie kupią?
- Nie zastanawiam się nad tym. Przecież piszę tylko dla własnej przyjemności.
- Żartuje pani?
- Nie. Wcale!
- Pani książki to przede wszystkim literatura tzw. kobieca. - Na pewno jest to bliższe kobietom niż mężczyznom. Dla mężczyzn może to nawet być nieznośne i niestrawne.
- A dla Pani mężczyzn?
- Żaden z moich mężów nie trawił tego, co pisałam.
- Nie było Pani przykro?
- Byłam tolerancyjna, jak każda kobieta. Przecież ja rozumiem, że mężczyzna to głupi.
- Ach, jacy jeszcze są?
- Bardzo użyteczni.
- Do podnoszenia rękawiczek, dźwigania bagażu?
- No, mogą być użyteczni generalnie. Jeszcze uciążliwi. Ale jak oni z nami wytrzymują, to już inna sprawa.
- Jak się żyje ze sławą?
- Uciążliwie.
- Ale miło?
- Nie, niemiło. Twierdzę, że zaczynam rozumieć Marylin Monroe. Ja też mam ochotę skakać z okna. Nie chciałam być taka popularna. Chciałam zwyczajnie pisać książki, chciałam żeby ludzie je czytali, chciałam być znana w hotelach, gdzie nie ma miejsc i wsród "drogówki". Na tym się kończyły moje ambicje.
- Przyzwyczaiła się już Pani do popularności?
- Nie, znienawidziłam.
- A gdyby tak nagle przestały przychodzić listy, dzwonić telefony, zapadła głucha cisza?
- O Jezus, jakiż byłby to piękny spokój. Miód. Kiedy zdarza się, że wszystko pozałatwiałam, poupychałam i nagle wszystko zamiera, czuję jak zaczynam odżywać. Uwielbiam być sama. Towarzystwo jakiejkolwiek osoby narzuca przymus. A ja nie znoszę przymusu. Zawsze robię na przekór.
- Co Pani lubi jeść?
- Wszystko, czego nie powinnam. Mięso w takim sosie co łycha staje i do tego kluchy, makaron potworny. Słodyczy do ust nie biorę. Tak skutecznie sobie wyperswadowałam, że jeśli zjem, to zachoruję, umrę. Tak samo pieczywo. Uwielbiam świeżuchne, z masełkiem i plastrami szynki. Najlepiej kilkoma... Nie pamiętam kiedy takie delicje jadłam ostatni raz. No i piwo. Muszę z niego zrezygnować. Z kolei zupełnie umartwiać się nie mam zamiaru, bo przecież sporo pracuję. Jak będę myślała: O Boże, co ja bym teraz zjadła, to nie będę myśleć nad tym co robię.
- I to wszystko dla urody?
- Co mi tam uroda. Mam kilka zbędnych kilogramów i się z tym źle czuję.
- Pali Pani papierosy. Najwięcej czytając?
- Raczej pisząc. Jeżeli nic nie robię z rękami, to odruchowo sięgam po papierosa.
- Które z polskich miast, oczywiście poza ukochaną Warszawą, lubi Pani odwiedzać?
- Kraków, za ducha historii, Trójmiasto, bo nad morzem. Za to Wrocławia, Poznania, Bydgoszczy nie czuję. Nie przemawiają do serca, choć rozum szacuje wysoko to, co tutaj robicie.
- Co Joanna Chmielewska, pisarka, czyta dla przyjemności?
- Rozmaicie. Historyczne, kryminały, biografia. Ale najwięcej historyczne. Głównie interesuje mnie średniowiecze. Literatury kobiecej w ogóle nie znoszę. To jest zawracanie głowy.
- Napisała Pani w swojej autobiografii, że gdyby miała tak wspaniałe warunki jak Hemingway w swojej willi, to też dostałaby nagrodę Nobla.
- Przysięgam Bogu. Byłam na Kubie w domu, w którym żył. Matko Boska jak on mieszkał. Ocean przed nosem, ogród cudownej piękności z basenem, przepiękna willa z wieżyczką, gdzie można siedzieć i pisać, i żona, która wszystko załatwia. Ugotuje obiad, upierze. Żyć nie umierać!
- Ale to rozleniwia.
- Skądże. Człowiek może się wreszcie zająć i robić co lubi. A ja lubię pisać.
-
|2009-08-10 00:45:03 vicky - joanna chmielewskaboska kobietka z pani jest Pani Joanno,tak dalej trzymac,po prostu dalej to zycie degustowac i nim sie cieszyc.pozdrawiam serdecznie .vicky
-
|2009-08-24 23:40:29 JaghaPani Joanno.
Oboje z Mężem znamy Pani książki na pamięć.Czytamy je po kilka razy i za każdym razem "rżymy" ze śmiechu.Uwielbiamy Pani humor.
A nawiązująć do listów od fanów dot.Hamngwaya-to on miał żonę, a Pani raczej na mienie żony się nie załapie.
Ale ja i mój mąż uwielbiamy Panią.A ulubionym cytatem mojego małżonka jest "Azali nie miłował go nikt" z "Wszystko czerwone."
I jeszcze jedna prośba-czy Alicja naprawdę istnieje??.
Przekazujemy wyrazy najgłębszego szacunku i serdeczne uściski .
Kochamy Panią, Pan i Joanno.










