- Agata pisała inaczej i zupełnie co innego. U niej sens i sedno utworu, podstawę rzeczy stanowiła zagadka kryminalna. Zagadka skonstruowana starannie i skrupulatnie. U mnie natomiast sednem utworu są okoliczności towarzyszące tej zagadce.
Jednak, biorąc pod uwagę poczytność Pani książek, zasługuje Pani na tytuł królowej powieści kryminalnej, przynajmniej w Polsce. Jak Pani myśli, co jest przyczyną tego sukcesu?
- Proszę pokazać mi kogoś w naszym kraju, kto pisze pogodnie i dowcipnie!
- Czyli powodzenie Pani książek leży wyłącznie w stylu?
- Naturalnie, w tym że są to utwory bardziej rozrywkowe niż kryminalne. I na pewno są pogodne, podczas gdy inni piszą tak ponuro.
- Czy pełne humoru sytuacje opisywane przez Panią zostały zaczerpnięte z życia?
- Oczywiście. Weźmy jako przykład scenę z gaśnicą w "Lesiu". Jej podstawą było wydarzenie w pewnym biurze projektów. Pewien facet zrzucił wiszącą na ścianie gaśnicę. Uciekał przed nią długim korytarzem, a ona go goniła. Siłą rozpędu, sikając pianą, pruła twardo za nim. Biedny gość źle obrał sobie kierunek ucieczki. Podobne sytuacje komuś gdzieś przytrafiały się w rzeczywistości. Znam je z różnych źródeł: drobnego opisu, relacji ustnej, własnego spostrzeżenia.
- Pisała Pani swoje książki w okresie PRL, pisze je Pani obecnie. Dlaczego tak poczytna autorka była tak rzadko wznawiana w Polsce Ludowej? Nie zajmowała się Pani przecież polityką, co stało na przeszkodzie?
- W ogóle mnie nie wznawiano, podobnie jak innych poczytnych autorów. Chyba że któryś dał łapówkę. Ja również otrzymałam taką delikatną propozycję, lecz nie skorzystałam z niej. Po prostu zaparłam się. Postanowiłam, że nie dam łapówki i nie dałam.
- Czy to prawda, że w tamtym okresie płacono Pani tak dobrze za książki, że mogła Pani kupić sobie samochód?
- Nie, tak dobrze nie było. Chociaż raz miałam szansę kupić wartburga. Kosztował 72 tysiące i moje honorarium wystarczyłoby, ale wypłacono mi je z opóźnieniem. W międzyczasie cena wartburga podskoczyła do 105 tysięcy.
Obecnie za pojedyńcze honorarium mogłaby Pani kupić sobie samochód?
- Chwileczkę, niech policzę. Wystarczyłoby na cztery koła. No może i na piąte, zapasowe.
- Na podstawie Pani powieści powstało kilka komedii kryminalnych, na przykład ?Lekarstwo na miłość? lub ?Skradziona kolekcja? Czy jest Pani zadowolona z adaptacji filmowych swoich utworów?
- Jestem bardzo niezadowolona.
- Dlaczego?
- Proszę Pana, tyle jest ważnych problemów dnia codziennego, a pan o adaptacjach filmowych! Jeśli Pan pozwoli, to teraz ja Pana o coś zapytam.
- Słucham w napięciu.
- Czy nie niepokoi Pana, że tak wiele niekompetentnych kobiet reprezentuje nasze sądownictwo?
- Co Pani ma konkretnie na myśli?
- Choćby następujące wydarzenie. Pijany awanturnik atakuje policjanta tasakiem, ten ostatni sięga po pistolet służbowy, terroryzuje bandziora i doprowadza na komisariat. A co na to pani sędzina. Pyta policjanta ??Dlaczego Pan nie uciekał??? Do tego już doszliśmy! Do takich absurdów! Nigdy w życiu i nigdzie nie widziałam głupszych kobiet niż za stołem sędziowskim. Chyba że w ADM-ach. Tak, tam rzeczywiście widywałam głupsze.
- Owe sędziny widywała Pani, będąc w sądach w charakterze oskarżonej?
- Nie. W charakterze widza. Pętałam się po salach sądowych, gdyż interesowały mnie różne sprawy.
Wiem już, co Pani myśli o przedstawicielkach polskiego sądownictwa. A co o prawie karnym?
- W naszym kraju wciąż jeszcze prawo karne skierowane jest przeciwko przyzwoitemu człowiekowi, który może stać się ofiarą przestępstwa. Sprzyja natomiast wszelkiego rodzaju przestępcom, począwszy od pijanego chuligana z nożem, a ko 31;cząc na wielkim aferzyście. W naszym kodeksie nie ma artykułu mówiącego o tym, iż człowiek ma pełne prawo bronić się przed bandytyzmem. Przecież to nie on sam siebie napada, nie on sobie coś niszczy i drzwi wyłamuje, nie on podrzyna sobie gardło. Jeżeli ktoś wdziera się do kogoś siłą, to powinien zdawać sobie sprawę z tego, że napadnięty ma prawo się bronić.
- Przy użyciu wszelkich dostępnych środków?
- Zdecydowanie tak! Może nawet zabić bandziora. U nas w kraju jest tak dziwnie, że jeżeli złamie Pan rękę złodziejowi, to pójdzie Pan siedzieć. Czy to nie zabawne? Z przecież nie może tak być, do kroćset, żeby to Pan bał się bandziora we własnym domu. To on musi bać się Pana. I dopiero wówczas może nastąpić sytuacja, w której przestępczość zacznie u nas odrobinę zdychać. Kiedyś, dawno temu, na odległych od cywilizacji przestrzeniach Ameryki, normalni, przyzwoici ludzie wzięli sprawę w swoje ręce, nauczyli się strzelać, powybijali bandziorów. I przestępczość jednak zmniejszyła się.
- Chciałaby Pani, aby w Polsce był Dziki Zachód?
- Przecież on jest! On się utworzył, tylko my musimy wreszcie na niego zareagować.
- Jest Pani jedyną autorką powieści kryminalnych tworzącą w okresie PRL i piszącą do dzisiaj. Jak Pani myśli, dlaczego inni autorzy kryminału z tamtego okresu już nie piszą?
- Trudno mi powiedzieć. Powinna pisać przynajmniej Helena Sekuła, autorka kilku świetnych powieści. Nie pisze zresztą wielu innych.
- Może obawiają się, że ich utwory przegrałyby rywalizację na wolnym rynku księgarskim?
- Nie przegrałyby. W polskich kryminałach chcemy mieć nasze realia, nasz kraj, naszą własną przestępczość. Niekoniecznie amerykańską czy południowo-afrykańską. I to właśnie mogłoby okazać się bardzo interesujące dla polskiego czytelnika. Poza tym, ci nie sięgający już po pióro autorzy mają większą niż ja wiedzę na temat różnych zakulisowych świństw minionego okresu. Niech, do licha, o tym napiszą.
- Dlaczego większą wiedzę niż Pani?
- Dlatego, że ja nie miałam znajomości, chodów ani niczego takiego. Nie posługiwałam się aktami milicyjnymi. Moja twórczość jest innego rodzaju. Wielu z tych pisarzy było nieźle zorientowanych w tym, co się działo. Byli upolitycznieni, w przeciwieństwie do mnie, bo ja polityki alergicznie nie znoszę. I oni mogliby napisać rzeczy szalenie interesujące. Niech piszą, na przykład o napadzie na Bank pod Orłami przy ul. Jasnej. Niech pokażą, jak to było naprawdę!
- Jest Pani znana z zamiłowania do wyścigów konnych. Kiedy zaczęło się to hobby?
- Pierwszy raz byłam na wyścigach mając 15 lat. Potem były przerwy, ale od lat 60. bywam na wyścigach regularnie. Zresztą nie tylko w Polsce. Plączę się po wyścigach na całym świecie, gdziekolwiek jestem.
- Co w większym stopniu decyduje o Pani skłonności do wyścigów: zamiłowanie do koni czy hazardu?
- Do jednego i do drugiego. Nie interesują mnie na przykład wyścigi psów. Mimo iż lubię psy, to jednak ten rodzaj współzawodnictwa jest dla mnie nieatrakcyjny. Wyścigi psów oglądałam na monitorach w Londynie i nie pociągnęło mnie to. Natomiast wyścigi konne, owszem.
- Jak ocenia Pani bilans wygranych i przegranych w ciągu tych lat?
- Cóż. Przypuszczam, że chyba jestem mimo wszystko nieco do tyłu.
- Bywalcy wyścigów znają Panią z widzenia. Podobno siedzi Pani w fotelu z nieodłączną puszką piwa w ręku. Ma Pani stały system gry?
- Gdy widzę, że mi nie idzie - jedna, druga, trzecia gonitwa - i obstawiam konie zjawiające się na mecie jako ostatnie, to powstrzymuję się od dalszej gry. Nie staram się przełamać złej passy. Stara anegdota mówi, że ojciec zbił syna nie za to, iż ten przegrał, lecz za to, że uparł się kretyn odegrać. Trzeba umieć wykorzystywać te sytuacje i chwile, kiedy człowiekowi idzie gra, kiedy ma dobrą passę. Jeżeli nie idzie - należy przestać się wygłupiać.
- Konie stanowiły często natchnienie dla poetów, malarzy, filmowców, nawet dla autorów powieści kryminalnych. Jest, na przykład, pisarz angielski Dick Francis, który akcję wielu swoich książek umiejscowił w scenerii wyścigów konnych. Zna go Pani?
- Tak jest, mam wszystkie jego książki. Sama pisałam przecież kryminały traktujące o naszych polskich wyścigach i o naszych koniach. Są to prawdziwe kryminały, trup ściele się gęsto. Kończą się happy endem - to dopiero osiągnięcie z mojej strony!










