
Z pisarką Joanną Chmielewską rozmawia Marcin Szymaniak
Jedna z bohaterek powieści "Pech" mówi o naszym kraju: dom wariatów i wylęgarnia przestępczości. To również Pani zdanie?
Oczywiście, że tak. Autor z reguły wkłada w usta bohaterów swoje własne opinie.
Jak autorka powieści śledczych ocenia naczelnego śledczego RP Romana Giertycha? Dobry z niego Sherlock Holmes?
A bo ja wiem? Ja tam nie odróżniam tych wszystkich polityków. Nie kojarzę, który jest który. Polityką się nie interesuję.
Zawsze Pani lubiła wysokich blondynów. Więc myślałem, że Giertych wpadł Pani w oko.
Ach tak - to ten! Wydaje mi się, że on nawet parę sensownych rzeczy powiedział. Ale generalnie go nie oceniam; przecież mogłam nie słyszeć, kiedy gadał jakieś głupoty.
Czy posiedzenia komisji do sprawy Orlenu to dobry serial sensacyjny?
Skąd! To jest po prostu groteska. W dobrym serialu sensacyjnym chodzi o dotarcie do prawdy, tymczasem te posiedzenia całkowicie zdominowały rozgrywki personalne. Wszyscy zajęli się wygryzaniem się wzajemnym ze stołków i podstawianiem sobie nóg. I co nam z tego przyjdzie, czy zyskamy jakąś wiedzę? Guzik. Będzie tak samo jak z aferą tego nieszczęsnego Rywina. On jest przecież niewinny jak dziecko, a o rzeczywistych winowajcach niczego się nie dowiedzieliśmy.
Dlaczego Pani mówi: Rywin niewinny? Przecież go skazali.
Mam w TVP swoich znajomych, którzy świetnie się orientują w tych telewizyjnych bebechach. Stąd wiem. A najbardziej interesuje mnie jedna rzecz: czym Rywinowi zagrożono, jeżeli powie całą prawdę, i jakie korzyści materialne mu obiecano, jeżeli będzie milczał. Niech pan spojrzy na tego biedaka; on się ewidentnie boi gębę otworzyć. Jak ci celnicy na granicy ruskiej, którym dają wybór: 50 tysięcy albo poderżnięte gardziołko.
W takiej sytuacji każdy by się bał.
Wiem. Ale jak wszyscy będą się bali, to do niczego nie dojdziemy. Mnie też chcieli gardziołko poderżnąć, kiedy jako pasjonatka koni zaczęłam pisać o aferach na wyścigach. Pierwsza napisałam jasno i otwarcie o tych kantach, które dziennikarze bali się opisywać. I dzięki temu zaczęto o tym publicznie mówić. Mafia chciała mnie uciszyć, jednak ostatecznie doszła do wniosku, że więcej będzie z tego hałasu niż pożytku. Powiedzieli sobie: to wariatka, nie ma sensu jej ruszać. Zrobili tak samo, jak nasz eks-minister Jagieliński, którego napadłam za położenie naszej hodowli koni. Lżyłam go publicznie po nazwisku, a on nic. Oniemiał, ogłuchł, zaniewidział.
A cóż on właściwie takiego złego zrobił?
Polska miała wspaniałe araby, które wysyłaliśmy za granicę. Aż tu nagle cwaniacy umówili się, że będą ukrywać najlepsze konie. Mieli na przykład konia dwulatka, który pokazał na wyścigach, co potrafi. I oni takiego konia, który powinien wygrywać gonitwę za gonitwą, po prostu chowali, udając, że się nie nadaje. Na aukcji sprzedawali następnie umówionemu kupcowi z zagranicy za 5-10 tysięcy dolarów. Potem w Stanach Zjednoczonych albo we Włoszech ten koń wygrywał w pierwszym biegu 50 milionów. Ten, co go sprzedał, dostawał parę milionów w charakterze prowizji. Diabli przez to wzięli całą naszą hodowlę, straciliśmy setki milionów dolarów. A Jagieliński, wicepremier i minister od rolnictwa, nic z tym nie zrobił.
To poważne oskarżenia. Nie boi się Pani procesu?
Proszę bardzo, wcale się nie boję! Podam konkretne przykłady, imiona koni. Krew mnie zalewa, gdy widzę, że jakiegoś łobuza dalej proponuje się na ważne stanowiska. Jaką kolejną dziedzinę teraz zniszczy?!
Wydawało się parę lat temu, że Leszek Miller to gość, który poskromi aferzystów. Panią też rozczarował?
O Millerze nie powiem dokładnie, co myślę, bo nie chcę używać mało wytwornych słów. Jak mu nie wstyd po tym wszystkim trzymać się jeszcze koryta? Ten dziki upór, te pazury i zęby wbite w żłób - ja na to po prostu nie mam słów. Jak pies żre z miski, a pan go będzie kopał w tyłek, to on wyjmie pysk z michy i pana ugryzie. A jak wieprz będzie żarł z koryta, a pan go kopnie? Będzie kwiczał wniebogłosy, a ryja nie wyjmie!
Pani jest bezlitosna dla polityków.
Tak. Bo oni takich pojęć jak honor, godność, twarz muszą w encyklopedii szukać. Co ja tam mówię o twarzy. Oni nawet mordy nie mają!
Nie ma nadziei, że Rokita i Kaczyński będą lepsi?
A co to za jedni?
To ci z prawicy, którzy są przeciwko SLD. Kierują PiS i Platformą Obywatelską.
Niech pan da spokój! Te wszystkie partie to jedno ciężkie zawracanie głowy. Im chodzi o dotacje ze skarbu państwa, a ja ich muszę finansować z moich podatków. Zgroza! Ja nie chcę żadnych partii. Po cholerę te platformy, ligi, sojusze? Niech ludzie wybierają konkretnych ludzi.
No dobrze. A głową państwa kto powinien być?
Ja bym najchętniej napisała historyczną powieść, w której dynastia Piastów nie wymarła. I jednemu z dwóch książąt mazowieckich, co zostali otruci w młodym wieku, dołożyłabym potomstwo. W ten sposób mielibyśmy króla. I źle by było?
Liga Polskich Rodzin chce publikacji w Internecie teczek wszystkich agentów z okresu PRL. To dobry pomysł?
Bardzo! Ja lubię jawność życia publicznego, bo gdzie tajemnica, tam śmierdzi. A to, co działo się za PRL w polityce, było przecież obrzydliwe. W partii były tylko dwie kategorie ludzi: karierowicze i zupełni kretyni. Ci, którzy wtedy dopchali się do władzy, udowodnili, że tak się do tego nadają, jak ja do opery. A właściwie jeszcze mniej, bo ja ostatecznie mogę wyjść na scenę i zaśpiewać "Szumią jodły na gór szczycie", przez co cała widownia ucieknie z teatru. A oni tego nie potrafili.
Niby racja, ale taka lustracja dotknęłaby nie ówczesnych decydentów, tylko szaraczków, którzy ze strachu zgodzili się donosić.
I dobrze. Tak już jest, że jeden człowiek zachowa się przyzwoicie bez względu na okoliczności, a drugi przy pierwszej lepszej okazji poleci donieść. To kwestia różnic charakteru. Nie można jednak pozwolić, by donosiciel, który powodował się zawiścią, głupotą czy chęcią osiągnięcia doraźnych korzyści, nadal miał cokolwiek do powiedzenia. Niech ludzie się dowiedzą, kto pod kim dołki kopał i dlaczego.
Nie obawia się Pani odkrycia, że jakaś znajoma osoba, o nic nigdy nie podejrzewana, donosiła na Panią?
Mój Boże, tyle już miałam przeżyć z przyjaciółmi, że już nic nie jest mnie w stanie zaskoczyć. Wiem zresztą, że jakaś tajemnicza, bliżej mi nie znana osoba, zakapowała mnie. Powiedziała, że w połowie lat 80. po pijanemu zrobiłam karczemną awanturę jakiejś babie na ulicy. Krzyczałam ponoć na nią - pan wybaczy - "ty milicyjna kurwo!". To było dla mnie naprawdę zdumiewające. Ja przecież byłam zawsze promilicyjna, kochałam milicję, a potem policję, czemu dawałam wyraz w książkach.
Sporo Pani jeździła za granicę, miała dużo znajomych. Nie było jakichś propozycji współpracy od esbecji?
Och, jak ja strasznie chciałam, żeby ktoś mi coś zaproponował! Specjalnie wpisywałam jakieś niestworzone rzeczy w deklaracje celne, jeździłam w kółko po całej Europie. Oczywiście wszystko z czystej pisarskiej ciekawości. Chciałam pokłócić się, porozmawiać, może czegoś się dowiedzieć. A tu nic! Oni po prostu w nosie mnie mieli.
Stała się Pani ofiarą kilku przestępstw. Kiedy było najgorzej?
Gdy mieszkałam jeszcze na Dolnej i wynieśli mi z domu cały elektroniczny sprzęt. Robili tam wtedy niby jakiś remont, grzebali przy licznikach na zewnątrz. Wykuli dziurę przy futrynie drzwiowej, tak że odpadł cały tynk ze ściany. Kazałam zamurować tę dziurę, ale okazało się, że mały otwór został. Kiedy wyjechałam, otworzyli drzwi, wtykając jakieś narzędzie albo po prostu rękę w ten otwór. Wynieśli mi wszystko, co miałam elektronicznego - komputer, drukarkę, wideo, telewizor, telefony, magnetofon..
Złapano sprawców?
O tak! Komputer znaleziono u złodzieja, ale prokuratura oddaliła sprawę, bo złodziej powiedział, że komputer stał koło śmietnika i on go sobie po prostu wziął. Złapali też drugiego złodzieja po odciskach palców. Ten powiedział, że zobaczył uchylone drzwi, więc wszedł sprawdzić, co się stało, i ewentualnie udzielić pomocy. Dlaczego mi przy tym obmacał całą bibliotekę? Tego nie wiem. Może myślał, że tam jest ta poszkodowana osoba, której tak chciał pomóc? W każdym razie prokuratura uznała, że nie ma dostatecznych dowodów przestępstwa i oddaliła sprawę.
To dlatego Pani tak nie znosi prokuratorów?
Ja cały czas dostaję nowe dowody na to, że źródło polskiej zgnilizny tkwi w prokuraturze. Byłam ostatnio świadkiem ciekawej historii. Jednemu facetowi rąbnęli mercedesa, którego potem znaleziono w lesie kompletnie zdewastowanego. Gliny złapały sprawców, ale prokurator nie wszczął postępowania - ze względu na znikomą szkodliwość czynu. Jednocześnie w tej samej okolicy pewna dziewczyna, dorosła i z prawem jazdy, wzięła samochód tatusia bez jego wiedzy i rozbiła go na drzewie. Nic więcej złego nie zrobiła, tylko rękę sobie złamała, nawet drzewu się nic nie stało. I co robi pan prokurator? Oczywiście wszczyna przeciw niej postępowanie. Bo boi się tamtych bandziorów, a tylko niewinnym ludziom potrafi pokazać, jaki jest odważny. I on jest prokuratorem? To gnida skończona!
Powinno się przywrócić karę śmierci?
Oczywiście ? choć przy ogromnych obostrzeniach. Zniesienie tej kary spowodowało, że znikł straszak na bandziorów. Oni się cholernie bali czapy i ten strach ich trochę powstrzymywał. Głupie gadanie o niebezpieczeństwie skazania niewinnego jest tylko mydleniem oczu. Kara śmierci powinna być obwarowana przepisami, które uniemożliwią skazanie niewinnego bądź takiego, któremu się raz przytrafiło zabójstwo w afekcie. Ale jaki sens ma wsadzanie prymitywnego mordercy do więzienia, skąd wyjdzie po kilku bądź kilkunastu latach, by znowu mordować? Pytam: jakim prawem skazujemy jego ofiary na śmierć?! Moim marzeniem jest, żeby jeden taki złoczyńca się pomylił i po wyjściu z więzienia rąbnął pana prokuratora. Oj, jakby zaraz się zaczęły zmieniać poglądy sędziów i panów z prokuratury!
Oni mówią, że wypuszczają bandytów z więzień, bo są przepełnione...
Moja przyjaciółka, która była sędzią z powołania, poszła ostatnio na wcześniejszą emeryturę, bo już nie mogła tego wytrzymać. Skazywała bandziora na maksymalny wymiar kary, jaki istnieje w kodeksie, ponieważ wiedziała, że jak mu przyłupie osiem lat, to on wyjdzie po trzech. Powinien właściwie dostać cztery lata, ale wtedy już po roku znalazłby się na wolności. Tak właśnie wygląda nasza walka z przestępczością. Chciałabym dostać w swoje ręce tego faceta czy babę, co wymyślili hasło ?humanitaryzm w stosunku do przestępców?. Ja bym im pokazała humanitaryzm.
Ma Pani broń?
Niestety nie, choć bardzo chciałam. Ja umiem strzelać, więc teoretycznie mogłabym tę broń mieć. Ale okazuje się, że aby dostać pozwolenie, to trzeba umieć ten pistolet rozebrać, oczyścić, poskładać z powrotem. O, do licha ciężkiego! Ledwo to można w ręku utrzymać, a jeszcze trzeba coś tam przygiąć; tylko że, cholera, nie daje się przygiąć! Więc ostatecznie zrezygnowałam.
Powinno się wprowadzić prawo, że właściciel domu może strzelać bez ostrzeżenia, jeżeli wtargnie doń przestępca?
Gwarantuję panu, że gdybym miała broń, to strzelałabym bez wahania. I oczywiście ciągaliby mnie potem po sądach za przekroczenie granic obrony koniecznej. U nas jest tak, że jak przyjdzie do pana bandzior, żeby panu żonę zgwałcić, a żona mu oczy wydłubie, to oczywiście ona przekroczy granicę dopuszczalnej obrony. Bo przecież bandzior jej nie chciał oczka wydłubać, tylko zgwałcić. Więc jak ona mogła się bronić? Tylko zgwałcić jego!
26 stycznia pojawiła się kolejna Pani książka. Proszę uchylić rąbka tajemnicy...
Historia jest mniej krajowa, a bardziej międzynarodowa. Ja się nie znam na tych wielkich, ponadnarodowych przestępstwach, zwłaszcza komputerowych, ale doskonale się orientuję, że Internet i elektronika stwarzają przestępcom ogromne możliwości. Nie wdając się więc w szczegóły, wymyśliłam sobie historię tego rodzaju.
Co robi złoczyńca?
Ściąga podstępnie pieniądze z instytucji ubezpieczeniowych. To jest naprawdę wielka forsa; tak ogromne kwoty można kraść tylko na skalę międzynarodową. A co dalej - to już w książce.










