- Nie miałam z tym kłopotów. To jest w pełni język polski przetworzony zgodnie z jego duchem. Nasza mowa jest bogata, elastyczna, ma skomplikowaną gramatykę, pozwala na tworzenie wielu wariantów. Osoby otaczające mnie mówiły właśnie w ten sposób. Nie miałam obaw, że zrobię coś niewłaściwego. Od razu zaczęło się to podobać. Raz cenzura zakwestionowała słowo "bandzior" jako zbyt brutalne. Co ja się z tym naużerałam, ale wreszcie zostało. Poczucie humoru mam nie tylko w pisaniu. Umiem śmiać się z siebie. Nieumiejętność dostrzegania śmieszności w sobie, obrażanie się, gdy śmieją się z nas inni, jest poważnym brakiem. Potrafiłam śmiać się z siebie, nawet gdy miałam 25 lat, bo teraz to już nie sztuka. Poczucie humoru swoją drogą, ale ja mam pogodę ducha. Nieraz dzwoniły do mnie zaprzyjaźnione osoby twierdząc, że rozmowa ze mną poprawi im nastrój. Jestem lepsza niż relanium czy inne draństwo. To chyba kwestia osobowości, genów, nie wiadomo skąd wziętych.
- Jak to skąd? Najpewniej od rodziny!
Wszyscy mieli poczucie humoru, a prababka wręcz ogromne. W naszym warszawskim domu na rogu Alej Niepodległości i Madalińskiego kotłowała się cała rodzina. Moja matka miała dwie siostry. Kłóciły się, krytykowały, ale nie mogły bez siebie żyć. Mężowie zrobili im straszne świństwo. Jeden zginął pod sam koniec wojny, drugi ugrzązł na zawsze w Anglii, potem w Kanadzie. Został tylko mój ojciec, na którego te trzy megiery rozcapierzały pazury. Na pewno wpływ na rozwój mojej inteligencji miała ciotka Lucyna, która uczyła mnie podczas okupacji. Z całą pewnością miał na mnie wpływ także ojciec. Powiedział kiedyś: "Córko moja, jeśli kiedykolwiek cokolwiek podpiszesz bez mojej wiedzy, to się ciebie wyrzeknę". Pan wie jak to zabrzmiało? Ojciec był dyrektorem banku i musiał zwracać 150 tysięcy przedwojennych złotych z powodu niesolidności dłużników. Różne też były poglądy na wychowanie w rodzinie matki i ojca. Po ojcu odziedziczyłam dobre serce, a po cholernych babach zły charakter. Poczucie humoru i świadomość, na czym polega zły charakter, to konflikt. Trwam w tym konflikcie.
- Który jednak pozwala na lepsze poznanie rzeczywistości, na zobaczenie jej w zupełnie innym świetle. To istotna pożywka dla twórczości.
- Oczywiście, że wszystko, co dzieje się wokół, rozpycha człowieka, tyle widzi się rzeczy ważnych. Ale to nie odpowiada mojemu duchowi. Wolę kameralność. A z drugiej strony, drobnostka zamknięta w jednym pokoju to zbyt mało. I taki jest mój problem. Jedyny uczuciowy utwór ogólnokrajowy, czy "gólnoprzestępczy" to niedoceniane przez czytelników "Dzikie białko". Nie jestem z niego w pełni zadowolona, bo z siebie jestem niezadowolona! Jakoś przystosowuję się do aktualiów, choć rzeczywistość odbieram negatywnie.
- Podbudowuje ją pani fantazją?
- Opieram się na realiach. A jeśli coś wymyślam, to i tak kiedyś musi się to zdarzyć. Kiedyś rosyjska mafia zrobiła mi przysługę. Wystrzelała się wzajemnie. Z pięciu członków dwóch leżało zastrzelonych, dwóch było zabójcami, piąty odpowiadał z wolnej stopy. Ja bym się nie ośmieliła tego wymyślić, gdy pisałam "Wyścigi". Czy pan wie, że rezydencja z "Nieboszczyka" istnieje naprawdę? Cały ten klimat trafiłam.
Pewnie, że dla pisarza, który zna się na tej rzeczywistości, jest to pełny żłób. A ja jestem "kryminalistką" kameralną. Ostatnie moje książki zahaczają o rodzaj szalejącej u nas przestępczości, ale - jak mówię - ja jej dobrze nie znam.
- Pani przestęcy, w porównaniu z dzisiejszymi prawdziwymi, są tak sympatyczni, że człowiek dałby się im nawet zabić z przyjemnością!
Bo u mnie realia są marginesowe. Współczesność przenika do moich książek, ale jest raczej tłem niż przedmiotem opisu. U nas obecnie zapanował okres postrewolucyjny francuski, Dziki Zachód amerykański i początki kapitalizmu. Tylko w historii było to rozłożone na dwieście lat, a u nas skomasowało sie w paru latach. Stąd i ta brutalność życia. Zawsze spodziewałam się zmian, już 25 lat temu twierdziłam, że tamten ustrój szlag trafi, przewidziałam, że runie berliński mur i wszystko się rozpadnie.
- Czy można pisać kryminały, nie znając dobrze rzeczywistości? A może pani wcale nie pisze tak zwanych kryminałów?
- Nie znam się na przestępczości finansowej, na tych wszystkich prezesach banków, ministrach czy innych bandziorach. Określiłabym raczej swoje powieści jako sensacje humorystyczne. Bardziej czy mniej kryminalne, ale humorystyczne. Nie tylko w samej warstwie językowej. Takie "Dzikie białko" przedstawia totalny idiotyzm. Wszystko tam jest autentyczne. Realia, fakty tak głupie, że ludzie nie mogli uwierzyć. To nie wymyślona bzdura. To rzeczywistość, aż do tego stopnia idiotyczna. Humorystyczność otaczającego świata przenika do mojej prozy. To nie jest satyra, tylko prezentacja kretyństwa dziejącego się wokół nas. Mogłabym teraz zrobić groteskę ze słupków ulicznych. I zrobię. Przysięgam!
- Czy w ogóle istnieje u nas powieść kryminalna?
- Nie. Pytam, gdzie są polscy "kryminaliści". A było ich wielu. To ludzie znacznie lepiej ode mnie zorientowani, jeśli nawet nie w dzisiejszej, to w minionej sytuacji. Niech odkrywają różne tajemnice. A oni się pochowali. Kiedyś Helena Sekuła pisała świetne książki. Dziś wszyscy boją się ją wydawać, bo ma niewygodne nazwisko. Kojarzą ją z Ireneuszem, choć ona ma tyle z nim wspólnego, co ja z królową Elżbietą. Nie ma też młodych. Młode pokolenie pisze duperele o miłości. Niech piszą porządne kryminały. Ja jestem idiotką polityczną, oni niekoniecznie. Tymczasem zostałam sierotą. Nie zgadzam się, bym była tylko jedna. Ja też chcę czytać.
- Niektórzy dzielą twórców na pisarzy i literatów, w czym zawiera się element wartościujący. Kim się pani czuje?
- Pisarką. Nie zawracam sobie głowy litaratami. Rzeczownik "pisarka" jest od "pisać". Poza głębokim przekonaniem, że powinnam dostać Nagrodę Nobla za rozweselanie społeczeństwa, innych ambicji nie mam. Jak zaczną się śmiać, przestaną się bić!
- Ma pani przepis na dobrą powieść?
- Istnieje zasada, że autor może wymyślić kretyństwo, tylko musi je granitowo, kamiennie uzasadnić. Wtedy stanie się ono znakomitym elementem książki. Po drugie czytelnik musi mieć do bohaterów stosunek uczuciowy, polubić ich, czy znienawidzić, życzyć im dobrze, lub źle. Jeżeli w całej powieści nie znajdzie nikogo takiego, można ją wyrzucić do śmieci.
- To jak jest z pani powieściami? Niektórzy twierdzą, że pani pisze na metry
Piszę bez przerwy. Lubię pracować. Nie lubię zmywać. Nie hoduję morskich świnek. Śmieszy mnie wiele idiotyzmów, a jeśli opisując je sama się świetnie bawię, to czytelnik też. Przez 22 lata nie miałam wznowień. Teraz jest ich dużo, bo to jedyne pogodne książki w tym kraju. Ale napisałam ostatnio i złą książkę. "Wielki diament" wydarto mi z maszyny, a mogłam to lepiej napisać. Nie mogę tego odżałować. Jestem za głupia, by pisać dla honorariów. Jeszcze trzy książki są mi potrzebne, abym na moim ugorze mogła postawić parterowy dom bez schodów, nawet bez progów. Przed sześcioma, siedmioma laty podpisałam długofalowe, pięcioletnie, niekorzystne dla mnie umowy, bo jestem kretynka. Z pieniędzy za moje książki uratowano dwa wydawnictwa i jedną drukarnię. A ja nie miałam czym płacić pielęgniarce mojej chorej matki. Dopiero po napisaniu autobiografii mam od trzech lat trochę pieniędzy. Kupiłam samochód, działkę. Zarobki z trzech lat nie czynią mnie Rockefellerem. Czego mi zazdroszczą? Pogody ducha? Niech inni też piszą kryminały. Chętnie przeczytam.










