- Dlaczego wybrała Pani ten rodzaj pisarstwa? Czym jest dla Pani literatura „poważna”?
- Wybrałam to, co sama lubiłam czytać. Zawsze chciałam pisać o czymś, co mnie samą zajmowało. A w ogóle, wyodrębnianie z całego bogactwa literatury tak zwanej „literatury poważnej” traktuję w kategoriach zwykłego zawracania głowy. Nie ma lepszego lub gorszego gatunku literatury. Można napisać powieść historyczno-naukową, która będzie zupełnym dnem, i można stworzyć bardzo dobrą groteskę. Szaleństwo pod sprawnym piórem może dać znakomite efekty, a inne, „poważne” rzeczy okażą się poniżej możliwości czytania. Nie uważam wcale, by jakość literatury przejawiała się w jej niezrozumiałości. Jeśli czytelnik czegoś nie rozumie, to znaczy, że owo „coś” jest po prostu źle podawane.
- A Pani zależy, by docierać do wszystkich...
- Niekoniecznie. Ale mam dobre serce. Skoro czymś się dobrze bawię, chcę, by inni też się dobrze bawili.
- Naprawdę ma Pani tak dobre serce?
- Niekiedy zamiast serca mam granitowy głaz! Zwłaszcza gdy obserwuję osoby z rządu i sejmu. Nie podłożę im bomby tylko z dwóch powodów. Po pierwsze - nie umiem takiego świństwa zrobić, a po drugie – nie wdaję się w politykę. Tak więc na wszelki wypadek uprzedzam: kiedy ktoś podłoży, żeby nie było na mnie.
- Ale lubi Pani ludzi?
- Do niektórych mam pretensje, lecz osoby ludzkie lubię. Choć z pewnymi wyjątkami. Nie znoszę obłudników, łgarzy... Nawet, gdy ktoś kłamie, długo staram się nie przyjmować tego do wiadomości i wierzyć. Czasem niestety na wyrost. Sama nikogo nie okłamuję.
- Lubi Pani również zwierzęta. Dała Pani temu szczególny wyraz w „Pafnucym”, ostatnio wydanej powieści dla dzieci...
- Zwierzęta akceptuję bez wyjątku. Chciałabym, aby od małego wszyscy je lubili, bo czym skorupka za młodu, tym na starość... Otóż mam nadzieję, że dzieciaki, czytając „Pafnucego”, nabiorą w stosunku do zwierząt humanitarnych odruchów. Humanitaryzm w kontaktach ze zwierzętami zawsze jest na miejscu. Przeciwnie niż humanitaryzm w stosunku do przestępców - uważam go za najgłupszą z głupich postawę. „Pafnucy”, to taka bardzo ludzka opowieść o bardzo prawdziwych zwierzętach, I jeszcze raz „bardzo”. Ta gawęda czegoś bardzo ważnego uczy. Kto przeczyta, sam się przekona. Dlatego gotowa jestem własną po¬wieść reklamować biegając z transparentem po mieście.
- A skąd pomysł?
- Chciałam, by moja przebywająca za granicą trzyletnia wnuczka interesowała się czytaniem. Zaczęłam więc w listach do Algierii snuć historię o niedźwiedziu. Pierwsze zdanie wypisywałam drukowanymi literami, by mogła odczytać sama, resztę stukałam na maszynie. Potem polubiłam te wszystkie moje stworzenia: misia Pafnucego, wydrę Marian¬nę, lisa Remigiusza... Pierwsze wydanie opatrzono rysunkami, które się dzieciom nie podobały, zresztą książka kosztowała zbyt drogo. Zabiegałam o ponowne wydanie. Wreszcie doczekałam się. Od niedawna „Pafnucy” - przyzwoity, czarno-biały jest w księgarniach. Za jakiś czas zapowiada się też edycja w kolorze.
- Zbudowała Pani nowy dom. Jakimi fluidami go Pani nasyci?
- Zawracanie głowy z tym nasycaniem. Po prostu - lata całe mieszkałam na III piętrze. Od dawna sama myśl o schodach wystarczała, żebym czuła się chora. Niekiedy przez 6 miesięcy w roku nie było mnie w Warszawie. Uciekałam od schodów. Poza tym, żeby w starym mieszkaniu znaleźć jakiś papier lub książkę, musiałam przerzucać pół tony makulatury. Wreszcie doszło do tego, że nie kupowałam nawet porządnych garnków, bo nie miałabym ich gdzie postawić. Otóż myśl, że teraz mogę pojechać po zakupy i nie chodzić po schodach, daje mi nieziemskie szczęście. Mój nowy, pierwszy własny dom ma ogromny wdzięk budowlany. Projektował go architekt Grzegorz Tsu, pół Polak, pół Chińczyk. Znakomity projektant. Niestety - z niepowetowaną szkodą dla architektury - już nie żyje...
- To miejsce bez schodów zamieszkuje Pani od niedawna...
- Wprowadziłam się we wrześniu. Kilka miesięcy przeżyłam w euforii i w rozgardiaszu. Równocześnie pisałam książkę, załatwiałam sprawę serialu kręconego przez Rosjan na podstawie „Całego zdania nieboszczyka”, kotłowałam się z telewizją krakowską. Dom ciągle nie jest do końca urządzony, jeszcze wszystkiego nie rozpakowałam.

- Mówi Pani o serialu. A my kiedy go obejrzymy?
- TVP kupiła go w listopadzie. Powinien być oglądany w lutym, jeżeli zdążą z dubbingiem. Grają Marta Klubowicz, Ewa Szykulska, Stanisław Mikulski...
- A teraz przygotowuje się Pani do pierwszego Bożego Narodzenia w nowym miejscu...
- Tak. Dostałam rozstroju nerwowego na tle lampek choinkowych, które rozwieszę, gdzie się tylko da. Niech moja zagraniczna wnuczka zobaczy wreszcie prawdziwe święta, Monika ma 19 lat, mieszka w Kanadzie. W Polsce spędzała Wigilię tylko raz, gdy miała 2 miesiące.
- A jaki będzie Nowy Rok, jeśli w ogóle będzie?
- A jaki ma być, przewiduj pan koniec świata? Chętnie to sobie pooglądam.
- Lepiej oglądać, niż w tym grać...
- Ewentualnymi uczestnikami staniemy się wszyscy. Koniec jakiejś epoki nie musi by wcale straszny. Kiedy miałam 11 może 12 lat obliczyłam, ż kiedy nastąpi rok 2000, będę już okropnie stara. Przyszedł wreszcie ten rok. Postanowiłam spędzić Sylwestra sama. Byłam jakaś zdechła, arytmia, migotanie przedsionków... Myślałam, że nie dożyję. Pomyślałam, że jeśli umrzeć, to honorowo. Wypiłam butlę porządnego szampana. O drugiej nad ranem czułam się już świetnie.
Dożyłam!










