Żyjemy w czasach niezmiernie interesujących. Mamy razem: Dziki Zachód amerykański, okres postrewolucyjny francuski i początki młodego kapitalizmu europejskiego. Cieszmy się, że nie spadła na nas zarazem inkwizycja i konkwista! Obywatel winny znajduje się w znacznie lepszej sytuacji od obywatela niewinnego i może kwiczeć z radości, co natrętnie podsuwa wniosek, że trzeba popełniać przestępstwa, bo dzięki temu będzie się miało rajskie życie.
Służę przykładami.
Istnieje u nas paragraf dotyczący zakresu obrony koniecznej. Włamuje się człowiekowi do mieszkania paru bandziorów, panią domu gwałcą, panu domu podrzynają gardziołko, mienie wynoszą, albo niszczą. O panu domu z poderżniętym gardziołkiem nie mówię, bo być może, traci szanse działania, ale gwałcona pani protestuje i w nieopanowanej obronie wydłubuje, na przykład, napastnikowi oczko. Gwałtu może i unika, ale za to primo, idzie siedzieć, secundo, do końca życia płaci chłopcu rentę inwalidzką, spowodowawszy trwałe uszkodzenie cielesne.
Przekroczyła bowiem granice obrony koniecznej, chłopiec bowiem oczka jej nie wydłubywał, chciał ją tylko zgwałcić. Zapewne w odwecie powinna zgwałcić jego i tylko do tego miała prawo.
Słynna była przed laty sprawa chłopaka, który pojechał sobie z dziewczyną pod namiot nad jezioro. Kilku młodzieńców, o ile pamiętam pięciu, postanowiło wziąć udział w sielance i zgwałcić dziewczynę. Chłopak zaprotestował. Jedyną broń, jaką dysponował, stanowił scyzoryk, dość duży, używany między innymi do krojenia chleba. Z owym scyzorykiem w ręku i rozpaczą w sercu wystąpił przeciwko bandziorom, mocno rozzuchwalonym z racji przewagi liczebnej. No i trzeba trafu, jeden bandzior, lekceważąc przeciwnika, nadział się na ów scyzoryk tak szczęśliwie, że w szpitalu nie zdołano go odratować. Zdechł. Chłopaka sąd usiłował skazać na karę śmierci, co spowodowało burzę w prasie zarazem nasuwając wniosek, że napadać i gwałcić wolno, co do obrony natomiast - trzeba się dobrze zastanowić.
Złodziej człowiekowi kradnie samochód. Świadomie używam liczby pojedynczej, w wypadku bowiem większej niż jeden liczby złodziei żadne przeciwdziałania nie wchodzą w rachubę - ludzie mają dość rozumu, żeby wyżej cenić życie niż mienie. Złodziej zatem kradnie, lub dewastuje, właściciel wypada z domu z orężem w ręku (może ma parasol, a może tłuczek do kartofli) i nie daj Boże, żeby temu złodziejowi złamał rękę lub nogę. Złodzieja chwyci Służba Zdrowia, a okradany pójdzie siedzieć i jeszcze zapłaci odszkodowanie. Z czego prosty wniosek: samochody należy kraść, nie zaś kupować.
Mieszkańcy Ursynowa, nie powiem dokładnie gdzie, żeby nie robić ludziom koło pióra, postanowili zabezpieczyć się we własnym zakresie i co noc trzech patrolowało parking. Rozłożyli pracę uczciwie, na człowieka wypadała jedna noc w miesiącu. Kolejna trójka natknęła się na złodziei. Sprali ich rzetelnie, po czym uciekli do domów i któraś żona dzwoniła do pogotowia, informując z troską, że tu jacyś pobili się i leżą, z okna ich widzi, więc może trzeba po nich przyjechać. Gdyby wyznali prawdę, też poszliby siedzieć.
Kolejna osobliwość daje się zauważyć w kwestiach, rzekłabym, finansowych. Człowiek niewinny w najlepszej wierze nabywa kradziony samochód, pojęcia nie mając, iż uczestniczy w procederze przestępczym. Samochód łapią, odbierają mu nie zwracając kosztów i niech sobie odbije straty na złodzieju własnym wysiłkiem. Zarazem wielki aferzysta, przygwożdżony, co się czasem zdarza, nie traci nic, ponieważ cały majątek przepisał na żonę, siostrę i szwagra. Dlaczego, do tysiąca piorunów, nie odbiera się ewidentnie kradzionego mienia żonie i szwagrowi? Obcy facet naprawdę mógł nie wiedzieć o kradzieży samochodu, żona i szwagier natomiast...
Praktyka wymiaru sprawiedliwości wali obuchem drobnego pokrzywdzonego, nie tyka zaś wielkich przestępców.
Prokuratury nie mają co robić. Stwierdziłam to, można powiedzieć naocznie. Byłam świadkiem złapania szajki złodziei samochodowych, młodych i lekkomyślnych, za to wytrwałych. Rąbnąwszy kolejnego mercedesa, z uciechy zdewastowali go i porzucili w lesie. Zostali doprowadzeni do prokuratora i w kwadrans później zwolnieni, dochodzenie zaś umorzono ze względu na... znikomą szkodliwość społeczną czynu. Nie jestem pewna, czy właściciel mercedesa byłby tego samego zdania. Zarazem ta sama prokuratura wytoczyła sprawę w dwóch następujących wypadkach:
Pierwszy: córka posiadająca prawo jazdy, wzięła samochód bez wiedzy ojca i wylądowała nim na drzewie, łamiąc sobie kość biodrową na drzewie. Jechała sama, nikogo innego nie uszkodziła. Tego rodzaju przestępstwo ściga się na wniosek poszkodowanego, ojciec żadnych pretensji nie zgłaszał i córki ścigać nie zamierzał, szczęśliwy, że w ogóle żyje. Nie szkodzi – prokurator założył już sprawę.
Drugi: dość skomplikowany medycznie, co mogłoby tłumaczyć idealny brak pojęcia prokuratora, o co tu w ogóle chodzi. Osobę prowadzącą samochód dotknął gwałtowny spadek cukru w organizmie, co wywołało pełną utratę świadomości. Samochód, bez wiedzy kierowcy, nie skręcił razem z szosą, tylko pojechał prosto i rąbnął w mur rozlewni wód gazowanych. Mur przetrzymał bezboleśnie, pasażerki wyszły bez szwanku, jedyne elementy poszkodowane, to samochód i jego kierowca. Rok mija od owej chwili, prokurator zaś zażarcie prowadzi sprawę, bo widocznie w swojej karierze nie zetknął się nigdy z żadnym poważniejszym przestępstwem.
Wiem to bezpośrednio od policji: złodziei, włamywaczy, bandziorów i rozmaitych mafiosów, znanych doskonale recydywistów doprowadza się do prokuratury, prokuratura zaś natychmiast ich zwalnia. Policja zatem przestaje doprowadzać i na widok popełnianego właśnie przestępstwa odwraca się tyłem.
Ostatnio dowiedziałam się o wydarzeniu wysoce umoralniającym. Czterech panów w eleganckiej restauracji nie wyraziło zgody na zapłacenie rachunku. Kelner poleciał do szefa, szef wezwał ochroniarza, ochroniarz grzecznie poprosił o spełnienie obowiązku. Jeden z panów na to zaprezentował mu swój stan posiadania: w jednej kieszeni kałasznikow, w drugiej nagan. Ruska mafia. Ochroniarz wycofał się z ukłonem i wyjaśnił szefowi, że chciałby jeszcze trochę pożyć.
No i tu się kłania Dziki Zachód. Rewolucji francuskiej nie będę się czepiać - kwestia wkracza bowiem w dziedzinę wielkiej polityki - ale Dzikiego Zachodu owszem. Wszyscy wiedzą, że w owych czasach przyzwoici ludzie sami wzięli w ręce wymiar sprawiedliwości i załatwiali sprawy bez miłosierdzia oraz radykalnie. Najzwyczajniej w świecie wymordowali bandziorów. Powinniśmy zrobić to samo.
Krzyk wielki się niesie aż do horyzontu na temat humanitaryzmu w stosunku do przestępców. Złagodzenie kar, likwidacja kary śmierci, luksusowe warunki w więzieniach, amnestie, resocjalizacje i inne dyrdymały, istny raj! A gdzie, pytam grzecznie ale z naciskiem, humanitaryzm w stosunku do ofiar?!
Tych panów przy restauracyjnym stoliku nie dotkniemy. Panowie za to bez najmniejszych skrupułów i bez żadnego wahania dotkną paru niewinnych, przyzwoitych ludzi. Z jakiej racji i jakim prawem skazujemy tych drugich na kalectwo, a może nawet na śmierć? Z jakiej racji i jakim prawem włamujący się bandzior ma mieć pełne poczucie bezpieczeństwa? Prawa powinien mieć człowiek we własnym domu, a nie wdzierający się do niego przestępca. Bez względu na to, jakie straty zdrowotne ów przestępca poniesie, broniący się we własnym domu człowiek nie może doznać żadnych przykrości. Nikt przestępcy nie kazał pchać się do niego – jeżeli się pcha, niech wie, co mu grozi. Niech wie, że ten napadany i okradany ma prawo nawet go zabić i nikt mu za to nie zrobi nic złego. Obecnie sytuacja jest odwrotna – napastnik doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że ofiara będzie się czuła skrępowana przepisami prawnymi, nie zareaguje ostro w obawie represji karnych, on sam zaś represje karne ma w odwłoku. Prawo go chroni. Pytano mnie, czy jestem zwolenniczką wydawania pozwoleń na broń palną i posiadania tej broni przez społeczeństwo, majtając mi równocześnie przed oczami amerykańskim gangsterstwem prującym z pepeszy po rogach ulic. Majtanie nie zrobiło na mnie wrażenia. Tak, jestem zwolenniczką. Pomijam oczywiście tę drobnostkę, że przestępcze grupy społeczne, raczej obfite, dysponują bronią w pełnym zakresie, nie przejmując się kompletnie takim idiotyzmem, jak zezwolenia. Człowiek praworządny, potencjalna ofiara, nie poleci na bazar szukać kopyta - przestępca nie ma oporów, wszelkie gadanie zatem, jakby to było niedobrze, gdyby ludzie nosili spluwy w kieszeni jest kretyństwem bez granic. Noszą ci niewłaściwi.
Owszem, pewne ograniczenia istnieć powinny. Broń palną mógłby posiadać człowiek sprawdzony, uczciwy, normalny, nie histeryk, nie zboczeniec. W dodatku musiałby umieć z niej strzelać, przejść kurs i egzamin, jak na prawo jazdy, przy czym nie mam tu na myśli praw jazdy nabywanych za łapówki. Napastnika niekoniecznie trzeba całkiem zabijać - wystarczy go unieszkodliwić i broniący się człowiek powinien to umieć. A do tego jeszcze powinien mieć do tego prawo. Nie dość na tym, sytuacja w naszym kraju wytworzyła się raczej nietypowa i skomplikowana, a pomogła jej wschodnia granica. Żeby nie było nieporozumień, wyjaśniam, że po tamtej stronie mam przyjaciół i znam wielu normalnych ludzi – wcale nie twierdzę, jakoby cały naród popadł w szał mordowania. Ale do takich czterech panów w knajpie należałoby wezwać specjalny oddział policji, który by grzecznie poprosił „ruki w wierch”, zaś na widok niestosownych gestów zwyczajnie by popruł. No dobrze, padnie czterech bandytów. Proszę bardzo: kto chce, niech nad nimi płacze.
Temat, jako taki, jest przerażająco obszerny. Przestępczość szaleje na wszystkich poziomach, od prymitywnego złodzieja samochodowego i gnoja wyrywającego torebki z rąk starszym paniom poczynając, a na dostojnikach państwowych kończąc. Nie upieram się, że należy powystrzelać wszystkich, ale jakiś paragraf na nich należałoby znaleźć. Modyfikacja kodeksu karnego, w istniejącej sytuacji niezbędna, nie nastąpi, ponieważ musiałby się nią zająć Sejm. A Sejm się nie zajmie.
Plotka głosi, że posłowie biorą łapówki za to, że nie będą tykać kodeksu karnego. Proszę bardzo, Sejm, jako taki, może mnie zaskarżyć do sądu. Jestem pisarką – nie było jeszcze wypadku, żeby jakiegoś pisarza zaskarżyło prawo ustawodawcze jego własnego kraju, miałabym reklamę jak stąd, do Australii. Być może jako świadek obrony wystąpiłby poseł, który ten temat poruszył, i spotkałby się z kamiennym milczeniem całej sali. Jego głupkowate wystąpienie uznano za niebyłe. Generalnie rzecz biorąc domagam się humanitaryzmu w stosunku nie do przestępców, tylko do ofiar. Poszanowania własności prywatnej, niejednokrotnie zdobytej ciężkim wysiłkiem. Dbałości o zdrowie, życie i godność normalnych, uczciwych ludzi. Praw dla tych ludzi, praw do obrony!
Niech raz wreszcie przestępca się dowie, że jego ofiara może się bronić, bez żadnych ograniczeń! Że człowiek ewidentnie skrzywdzony może dochodzić swojej krzywdy na dowolnej drodze! Niech ten już nie powiem jaki przestępca przestanie czuć się bezpieczny, niech, do wszystkich szatanów, zacznie się bać! Ależ tak, uprawnienia dla władzy wykonawczej też są niezbędne - dosyć tego kretyństwa, żeby bandyta mógł zastrzelić policjanta, a policjant miał prawo działać metodą łagodnej perswazji. Przecież w końcu przestaniemy mieć stróżów i krzyk „ratunku, policja!” stanie się wołaniem kota na puszczy. Opamiętajmy się! Tak, kary za pomyłki ze strony policji - w porządku, czystka w szeregach. Łapać bandziorów, a nie laborantów ze szpitala na przykład. A także czystka w prokuraturze...
Dopóki przestępca nie zacznie bać się swojej ofiary, dopóty wymiar sprawiedliwości w tym kraju możemy sobie na kołku powiesić...
Służę przykładami.
Istnieje u nas paragraf dotyczący zakresu obrony koniecznej. Włamuje się człowiekowi do mieszkania paru bandziorów, panią domu gwałcą, panu domu podrzynają gardziołko, mienie wynoszą, albo niszczą. O panu domu z poderżniętym gardziołkiem nie mówię, bo być może, traci szanse działania, ale gwałcona pani protestuje i w nieopanowanej obronie wydłubuje, na przykład, napastnikowi oczko. Gwałtu może i unika, ale za to primo, idzie siedzieć, secundo, do końca życia płaci chłopcu rentę inwalidzką, spowodowawszy trwałe uszkodzenie cielesne.
Przekroczyła bowiem granice obrony koniecznej, chłopiec bowiem oczka jej nie wydłubywał, chciał ją tylko zgwałcić. Zapewne w odwecie powinna zgwałcić jego i tylko do tego miała prawo.
Słynna była przed laty sprawa chłopaka, który pojechał sobie z dziewczyną pod namiot nad jezioro. Kilku młodzieńców, o ile pamiętam pięciu, postanowiło wziąć udział w sielance i zgwałcić dziewczynę. Chłopak zaprotestował. Jedyną broń, jaką dysponował, stanowił scyzoryk, dość duży, używany między innymi do krojenia chleba. Z owym scyzorykiem w ręku i rozpaczą w sercu wystąpił przeciwko bandziorom, mocno rozzuchwalonym z racji przewagi liczebnej. No i trzeba trafu, jeden bandzior, lekceważąc przeciwnika, nadział się na ów scyzoryk tak szczęśliwie, że w szpitalu nie zdołano go odratować. Zdechł. Chłopaka sąd usiłował skazać na karę śmierci, co spowodowało burzę w prasie zarazem nasuwając wniosek, że napadać i gwałcić wolno, co do obrony natomiast - trzeba się dobrze zastanowić.
Złodziej człowiekowi kradnie samochód. Świadomie używam liczby pojedynczej, w wypadku bowiem większej niż jeden liczby złodziei żadne przeciwdziałania nie wchodzą w rachubę - ludzie mają dość rozumu, żeby wyżej cenić życie niż mienie. Złodziej zatem kradnie, lub dewastuje, właściciel wypada z domu z orężem w ręku (może ma parasol, a może tłuczek do kartofli) i nie daj Boże, żeby temu złodziejowi złamał rękę lub nogę. Złodzieja chwyci Służba Zdrowia, a okradany pójdzie siedzieć i jeszcze zapłaci odszkodowanie. Z czego prosty wniosek: samochody należy kraść, nie zaś kupować.
Mieszkańcy Ursynowa, nie powiem dokładnie gdzie, żeby nie robić ludziom koło pióra, postanowili zabezpieczyć się we własnym zakresie i co noc trzech patrolowało parking. Rozłożyli pracę uczciwie, na człowieka wypadała jedna noc w miesiącu. Kolejna trójka natknęła się na złodziei. Sprali ich rzetelnie, po czym uciekli do domów i któraś żona dzwoniła do pogotowia, informując z troską, że tu jacyś pobili się i leżą, z okna ich widzi, więc może trzeba po nich przyjechać. Gdyby wyznali prawdę, też poszliby siedzieć.
Kolejna osobliwość daje się zauważyć w kwestiach, rzekłabym, finansowych. Człowiek niewinny w najlepszej wierze nabywa kradziony samochód, pojęcia nie mając, iż uczestniczy w procederze przestępczym. Samochód łapią, odbierają mu nie zwracając kosztów i niech sobie odbije straty na złodzieju własnym wysiłkiem. Zarazem wielki aferzysta, przygwożdżony, co się czasem zdarza, nie traci nic, ponieważ cały majątek przepisał na żonę, siostrę i szwagra. Dlaczego, do tysiąca piorunów, nie odbiera się ewidentnie kradzionego mienia żonie i szwagrowi? Obcy facet naprawdę mógł nie wiedzieć o kradzieży samochodu, żona i szwagier natomiast...
Praktyka wymiaru sprawiedliwości wali obuchem drobnego pokrzywdzonego, nie tyka zaś wielkich przestępców.
Prokuratury nie mają co robić. Stwierdziłam to, można powiedzieć naocznie. Byłam świadkiem złapania szajki złodziei samochodowych, młodych i lekkomyślnych, za to wytrwałych. Rąbnąwszy kolejnego mercedesa, z uciechy zdewastowali go i porzucili w lesie. Zostali doprowadzeni do prokuratora i w kwadrans później zwolnieni, dochodzenie zaś umorzono ze względu na... znikomą szkodliwość społeczną czynu. Nie jestem pewna, czy właściciel mercedesa byłby tego samego zdania. Zarazem ta sama prokuratura wytoczyła sprawę w dwóch następujących wypadkach:
Pierwszy: córka posiadająca prawo jazdy, wzięła samochód bez wiedzy ojca i wylądowała nim na drzewie, łamiąc sobie kość biodrową na drzewie. Jechała sama, nikogo innego nie uszkodziła. Tego rodzaju przestępstwo ściga się na wniosek poszkodowanego, ojciec żadnych pretensji nie zgłaszał i córki ścigać nie zamierzał, szczęśliwy, że w ogóle żyje. Nie szkodzi – prokurator założył już sprawę.
Drugi: dość skomplikowany medycznie, co mogłoby tłumaczyć idealny brak pojęcia prokuratora, o co tu w ogóle chodzi. Osobę prowadzącą samochód dotknął gwałtowny spadek cukru w organizmie, co wywołało pełną utratę świadomości. Samochód, bez wiedzy kierowcy, nie skręcił razem z szosą, tylko pojechał prosto i rąbnął w mur rozlewni wód gazowanych. Mur przetrzymał bezboleśnie, pasażerki wyszły bez szwanku, jedyne elementy poszkodowane, to samochód i jego kierowca. Rok mija od owej chwili, prokurator zaś zażarcie prowadzi sprawę, bo widocznie w swojej karierze nie zetknął się nigdy z żadnym poważniejszym przestępstwem.
Wiem to bezpośrednio od policji: złodziei, włamywaczy, bandziorów i rozmaitych mafiosów, znanych doskonale recydywistów doprowadza się do prokuratury, prokuratura zaś natychmiast ich zwalnia. Policja zatem przestaje doprowadzać i na widok popełnianego właśnie przestępstwa odwraca się tyłem.
Ostatnio dowiedziałam się o wydarzeniu wysoce umoralniającym. Czterech panów w eleganckiej restauracji nie wyraziło zgody na zapłacenie rachunku. Kelner poleciał do szefa, szef wezwał ochroniarza, ochroniarz grzecznie poprosił o spełnienie obowiązku. Jeden z panów na to zaprezentował mu swój stan posiadania: w jednej kieszeni kałasznikow, w drugiej nagan. Ruska mafia. Ochroniarz wycofał się z ukłonem i wyjaśnił szefowi, że chciałby jeszcze trochę pożyć.
No i tu się kłania Dziki Zachód. Rewolucji francuskiej nie będę się czepiać - kwestia wkracza bowiem w dziedzinę wielkiej polityki - ale Dzikiego Zachodu owszem. Wszyscy wiedzą, że w owych czasach przyzwoici ludzie sami wzięli w ręce wymiar sprawiedliwości i załatwiali sprawy bez miłosierdzia oraz radykalnie. Najzwyczajniej w świecie wymordowali bandziorów. Powinniśmy zrobić to samo.
Krzyk wielki się niesie aż do horyzontu na temat humanitaryzmu w stosunku do przestępców. Złagodzenie kar, likwidacja kary śmierci, luksusowe warunki w więzieniach, amnestie, resocjalizacje i inne dyrdymały, istny raj! A gdzie, pytam grzecznie ale z naciskiem, humanitaryzm w stosunku do ofiar?!
Tych panów przy restauracyjnym stoliku nie dotkniemy. Panowie za to bez najmniejszych skrupułów i bez żadnego wahania dotkną paru niewinnych, przyzwoitych ludzi. Z jakiej racji i jakim prawem skazujemy tych drugich na kalectwo, a może nawet na śmierć? Z jakiej racji i jakim prawem włamujący się bandzior ma mieć pełne poczucie bezpieczeństwa? Prawa powinien mieć człowiek we własnym domu, a nie wdzierający się do niego przestępca. Bez względu na to, jakie straty zdrowotne ów przestępca poniesie, broniący się we własnym domu człowiek nie może doznać żadnych przykrości. Nikt przestępcy nie kazał pchać się do niego – jeżeli się pcha, niech wie, co mu grozi. Niech wie, że ten napadany i okradany ma prawo nawet go zabić i nikt mu za to nie zrobi nic złego. Obecnie sytuacja jest odwrotna – napastnik doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że ofiara będzie się czuła skrępowana przepisami prawnymi, nie zareaguje ostro w obawie represji karnych, on sam zaś represje karne ma w odwłoku. Prawo go chroni. Pytano mnie, czy jestem zwolenniczką wydawania pozwoleń na broń palną i posiadania tej broni przez społeczeństwo, majtając mi równocześnie przed oczami amerykańskim gangsterstwem prującym z pepeszy po rogach ulic. Majtanie nie zrobiło na mnie wrażenia. Tak, jestem zwolenniczką. Pomijam oczywiście tę drobnostkę, że przestępcze grupy społeczne, raczej obfite, dysponują bronią w pełnym zakresie, nie przejmując się kompletnie takim idiotyzmem, jak zezwolenia. Człowiek praworządny, potencjalna ofiara, nie poleci na bazar szukać kopyta - przestępca nie ma oporów, wszelkie gadanie zatem, jakby to było niedobrze, gdyby ludzie nosili spluwy w kieszeni jest kretyństwem bez granic. Noszą ci niewłaściwi.
Owszem, pewne ograniczenia istnieć powinny. Broń palną mógłby posiadać człowiek sprawdzony, uczciwy, normalny, nie histeryk, nie zboczeniec. W dodatku musiałby umieć z niej strzelać, przejść kurs i egzamin, jak na prawo jazdy, przy czym nie mam tu na myśli praw jazdy nabywanych za łapówki. Napastnika niekoniecznie trzeba całkiem zabijać - wystarczy go unieszkodliwić i broniący się człowiek powinien to umieć. A do tego jeszcze powinien mieć do tego prawo. Nie dość na tym, sytuacja w naszym kraju wytworzyła się raczej nietypowa i skomplikowana, a pomogła jej wschodnia granica. Żeby nie było nieporozumień, wyjaśniam, że po tamtej stronie mam przyjaciół i znam wielu normalnych ludzi – wcale nie twierdzę, jakoby cały naród popadł w szał mordowania. Ale do takich czterech panów w knajpie należałoby wezwać specjalny oddział policji, który by grzecznie poprosił „ruki w wierch”, zaś na widok niestosownych gestów zwyczajnie by popruł. No dobrze, padnie czterech bandytów. Proszę bardzo: kto chce, niech nad nimi płacze.
Temat, jako taki, jest przerażająco obszerny. Przestępczość szaleje na wszystkich poziomach, od prymitywnego złodzieja samochodowego i gnoja wyrywającego torebki z rąk starszym paniom poczynając, a na dostojnikach państwowych kończąc. Nie upieram się, że należy powystrzelać wszystkich, ale jakiś paragraf na nich należałoby znaleźć. Modyfikacja kodeksu karnego, w istniejącej sytuacji niezbędna, nie nastąpi, ponieważ musiałby się nią zająć Sejm. A Sejm się nie zajmie.
Plotka głosi, że posłowie biorą łapówki za to, że nie będą tykać kodeksu karnego. Proszę bardzo, Sejm, jako taki, może mnie zaskarżyć do sądu. Jestem pisarką – nie było jeszcze wypadku, żeby jakiegoś pisarza zaskarżyło prawo ustawodawcze jego własnego kraju, miałabym reklamę jak stąd, do Australii. Być może jako świadek obrony wystąpiłby poseł, który ten temat poruszył, i spotkałby się z kamiennym milczeniem całej sali. Jego głupkowate wystąpienie uznano za niebyłe. Generalnie rzecz biorąc domagam się humanitaryzmu w stosunku nie do przestępców, tylko do ofiar. Poszanowania własności prywatnej, niejednokrotnie zdobytej ciężkim wysiłkiem. Dbałości o zdrowie, życie i godność normalnych, uczciwych ludzi. Praw dla tych ludzi, praw do obrony!
Niech raz wreszcie przestępca się dowie, że jego ofiara może się bronić, bez żadnych ograniczeń! Że człowiek ewidentnie skrzywdzony może dochodzić swojej krzywdy na dowolnej drodze! Niech ten już nie powiem jaki przestępca przestanie czuć się bezpieczny, niech, do wszystkich szatanów, zacznie się bać! Ależ tak, uprawnienia dla władzy wykonawczej też są niezbędne - dosyć tego kretyństwa, żeby bandyta mógł zastrzelić policjanta, a policjant miał prawo działać metodą łagodnej perswazji. Przecież w końcu przestaniemy mieć stróżów i krzyk „ratunku, policja!” stanie się wołaniem kota na puszczy. Opamiętajmy się! Tak, kary za pomyłki ze strony policji - w porządku, czystka w szeregach. Łapać bandziorów, a nie laborantów ze szpitala na przykład. A także czystka w prokuraturze...
Dopóki przestępca nie zacznie bać się swojej ofiary, dopóty wymiar sprawiedliwości w tym kraju możemy sobie na kołku powiesić...
Komentarze (0)
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze!
Powered by !JoomlaComment 4.0 beta1










