Zawsze powtarzam: jestem przedwojenna
Jest taka jak jej książki: zabawna, przewrotna, wystrzałowa. Nie do podrobienia. Po drugim pytaniu albo wyrzuca dziennikarza, albo mówi: Kiciu kochana, czy ty to wytrzymasz?
Jej prawa ręka i pierwszy selekcjoner dziennikarzy, Tadeusz Lewandowski, próbuje obalić mit upiornej szefowej. „To człowiek do rany przyłóż” – przekonuje, co wcale nie zmniejsza naszego przerażenia. Strach nie mija nawet, gdy pani Joanna wita nas jak dobrze znajome. Nadal spodziewamy się najgorszego. Jest lekko poirytowana. Opowiada, jak zmarnowała pół butelki chablis, gotując coś, co „nie jest aż tak obrzydliwe, żeby tego nie jeść, ale nie jest też znakomicie dobre”.
Polubiła pani kuchnię?
Joanna Chmielewska: - Jakie polubiłam? Jaką kuchnię? Przez całe życie gotowałam. Ale nie lubię robót zanikających. Cos zostanie od razu zjedzone i do widzenia. Gotowanie więc – to nie jest moje ulubione zajęcie.
Nieprawdą jest, co powiedział któryś z mężczyzn, że specjalność Joanny Chmielewskiej to parówki z musztardą?
- Bzdura. Świetnie gotowały moja matka i babka, a we mnie ich talent przetrwał. Nie ograniczam się do parówek. Wreszcie – napisałam „Książkę poniekąd kucharską”, prawda? Istnieją nawet osoby, które ja chwaliły. Z krytyką wyrażoną publicznie tylko raz się spotkałam. Jeśli już coś ugotuję, to jest to na ogół smaczne, pan Tadeusz świadkiem. Często „robiewam”, bo robię to za dużo powiedziane, kartoflankę z zacierkami. Dobrze mi wychodzą gęś i kaczka po pakistańsku, choć przyznaję: dwa razy nie wyszły.
A pomijając gęś i kaczkę, co pani w życiu nie wyszło?
- Na pewno mnóstwo rzeczy. O Boże, w tej chwili z zachwytem przeglądam w myślach, co mi wyszło? Ogromnie wiele!!! A co się nie udało? Chyba najgorzej w życiu sprawdzam się w rolach, które wymagają systematyczności połączonej z rutyną. Nie ukrywajmy, że do takich zaliczają się role kobiece: żony, matki i pani domu.
Mówi pani o sobie, że ma paskudny charakter i jest zła matką.
- Na pewno byłam złą matką, a w każdym razie zdecydowanie nietypową. Co się z resztą okazało w konsekwencji dla dzieci korzystne. W tej chwili obaj synowie twierdzą, a znajdują się w okolicy pięćdziesiątki, że moje metody wychowawcze cieląt doskonale im zrobiły. Bardzo wcześnie dowiedzieli się, co musza. Musza mianowicie sami się postarać o to , co do życia potrzebne. Mamunia nie da, bo nie ma. Przez całe lata pracowałam, często po osiemnaście godzin na dobę. Chłopcy to rozumieli. I prędko wyciągnęli wnioski. Obu więc cechowała zawsze nie byle jaka zaradność. Zdarzało się, że przechodząca w nadaktywność. Jak wtedy, gdy młodszy, Robert, usiłował wysadzić w powietrze dom. Na szczęście bezskutecznie.
Słynny przypadek, kiedy jeden syn woła drugiego zdumiony: „Te, matka zrobiła śniadanie” – jest prawdziwy?
- Święta prawda. Wtedy, jedyny raz, przygotowałam im śniadanie. To miało swoje konsekwencje po latach. Gdy pewnego razu, w wyniku tak zwanej wyższej konieczności, okazało się, że Jerzy naprawdę umie gotować, i to bynajmniej nie tylko jajecznicę, jego ówczesna żona bardzo długo pozostawała w szoku. Z czego płynie wniosek, drogie panie, że mężczyzn należy testować w każdych okolicznościach, bez odpuszczania. Kto wie, co z nich dobrego tu albo tam wylezie? Na ogół oni wiele umieją, tylko im się nie chce. Także nie pokazują zbyt ochoczo swych domowych sprawności. Ot! Zwyczajne wygodnictwo. A jak to zrobić, aby męski skorupiak bez ociągania, specjalnie dla nas, porzucał swój pancerzyk, napisałam niedawno książkę „Przeciwko babom”. Na razie czytelniczki, z którymi rozmawiałam, wypowiadają się o moich radach pozytywnie.
Ale jednocześnie lubiła pani przyjemność czasem zrobić dzieciom?
- Jak każda matka. Tylko ten cholerny brak czasu… Synowie na ogół od razu po szkole szli do babci. Za to wieczorami lubili wracać ze mną do domu, bo jak jechaliśmy taksówką, zyskiwali szansę, by z nie typowej dla siebie na co dzień perspektywy oglądać miasto. A jeśli na taksówkę nie starczało, wracaliśmy piechotą. Zdarzało się – tańcząc po chodnikach i jezdniach charlestona, co oni uważali za zajęcie wysoce rozrywkowe.
Taka mama to jednak skarb – nie dość, że rzadko bywa, czyli rzadko wymaga, to jeszcze jest rozrywkowa.
- Po prostu było fajnie. Bo nawet najdziwniejsza matka posiada jakieś zalety. Zwłaszcza jeśli to osoba nie trzpiotowata, ale zapracowana. Zresztą kiedy ktoś usiłował skrzywdzić moje dziecko, zamieniałam się w wilczycę, która ma to do siebie, że jak wilczę, nie daj Boże, piśnie z miejsca tego kogoś zabija lub chociaż usiłuje. Wykazywałam podobne skłonności.
Często walczyła pani o swoje dzieci?
- Na szczęście dawały sobie radę. Kiedy się jednak przytrafiało raz albo drugi, wkraczałam. A wtedy… Rany boskie!
Jak pani zareagowała na synowe?
- Absolutnie nie maiłam obiekcji. Każda z moich synowych ogromnie mi się podobała. Były to urocze dziewczyny, myślałam nawet: Boże, jak to możliwe, że akurat ci moi chłopcy, zwyczajnym cudem, w obliczu mnóstwa dziewczyn nie do przyjęcia, znaleźli sobie żony na poziomie? Dziś mogę zaryzykować twierdzenie, iż widocznie nie tylko oni wykazywali dobry gust, ale także, w opinii potencjalnych narzeczonych, wyróżniali się pożądanymi przymiotami. Może zagrały w obydwu geny przodków po mieczu? To dobre geny, choć budujące charaktery nadzwyczaj kolczaste.
Mąż jest jedynym mężczyzną, którego oszczędziła pani w swoich książkach, a jednak się pani z nim rozwiodła.
- To nie to. O mężu nie pisałam z wielu powodów, także ze względu na dzieci, które były, bądź co bądź, tez jego dziećmi. Mój mąż to w ogóle jednostka raczej dość niezwykła. Trochę miejsca zajął nie tylko w moim życiu. Czytelnicy znają go z „Autobiografii”. Zobowiązuję się tutaj, że przy sprzyjającej okazji ujawnię nieco więcej szczegółów na temat ojca Jerzego i Roberta. Teraz nie mogę, bo temat za obfity… I tylko jedno mogę tymczasem wyznać. Wszystkie moje dramatyczne przejścia, z próbą samobójstwa włącznie, przez lata chłopcy traktowali nieco zbyt lekko… jako efekt wisielczego humoru z mojej strony. Dziś rozumieją świetnie, na czym polega dramatyzm rozstań damsko-męskich. I „Autobiografię” czytaj inaczej.
Radziłaby pani kobietom decydować się raczej na gacha, czy na męża?
- Lepszy mąż, z którym jest się zaprzyjaźnionym, zwłaszcza jak przez całych jedenaście lat mój, gwarantujący pełne porozumienie. Z gachami większy kłopot. I zazwyczaj większe rodzinne komplikacje.
A pani następczynie u boku męża? Nie przypadły pani do gustu?
- Mój mąż ożenił się ze mną, jednostką prezentującą sobą jakąś inteligencję, może nie wstrząsającą, ale zawsze, po czym wybrał inną reprezentantkę płci żeńskiej. Do dziś jestem zdania, iż ona zarówno aparycyjnie, jak i umysłowo, znajdowała się na poziomie nieco niższym. Ten człowiek postanowił uprawiać życie w kratkę. Bo w charakterze trzeciej dorwał uroczą dziewczynę, z którą się bez mała zaprzyjaźniłam. I gdy ożenił się po raz czwarty, znowu zdecydował się na takie coś, że mną zatrzęsło. O Jezu, ratunku. Byłyby miał piątą żonę, gdyby nie umarł.
Pani był wierna jednej męskiej opcji?
- Nigdy w życiu nie frapował mnie, niestety, żaden normalny człowiek. Zresztą ja sama na żonę się nadaję jak na primadonnę w operze. Owszem, przytrafiali się faceci inteligentni, przystojni, czarujący. Ale tak strasznie normalni. I jakoś nie wychodziło… Przy czym też nienormalność nie każda mi pasowała.
Ktoś mógłby powiedzieć, że charakter pani niezbyt jest łatwy.
- Kotuś, ja liczę sobie sporo lat. Co oznacza, iż naprzeżywałam się wiele, w sposób nadzwyczaj skomplikowany. W młodości, wczesnej oczywiście, różnie bywało. Ogromnie różnie. Ale kto czyta te słowa, proszę aby miał na względzie, że ja jestem osoba przedwojenna. Nigdy mi się nie zdarzyło, żeby jednego dnia spotkać faceta i iść z nim do łóżka, o nie. Znajomość zaczyna się od wnętrza, przenigdy od rękoczynów, przenigdy od łóżka. Bywało, że troszkę żałowałam, ale przepadło. Nie byłam w stanie się przemóc, trudno.
Wnętrzem też można się zachwycić w jednej sekundzie?
- Można. Opisałam kiedyś jedna z moich fascynacji. On – rzecznik prasowy MO. Oczka jak szpareczki, takie malutkie, w ogóle byle co. Czego się po tak nikczemnym męskim egzemplarzu spodziewać? I oto spędziłam u niego trzy kwadranse i wychodziłam, marząc, żeby tego człowieka poślubić na zawsze.
A oświadczyła się pani jakiemuś mężczyźnie?
- Musze się porządnie zastanowić. Nie przypominam sobie, ale cholera wie. Nie. Mówię przedwojenna jestem. Czytelniczkom tego wywiadu jedno poradzę, jak kobieta kobietom. Uwodźcie ich subtelnie. Bez propozycji zgłaszanych z miejsca: chodź kochanie, do łóżka. Jeśli na tym właśnie miałby polegać feminizm, to ja feminizm tępię. Kotka wije się z podniesionym ogonem, ale skoczyć za nią musi kot. Jeśli nie jest kretynem, skoczy. Zawsze skakał, kiedy w odpowiedni sposób dostał szansę. I teraz skoczy, bez obaw.
Ewentualne niepowodzenia w miłości?
- O, bezustannie. Pierwszy raz pomyliłam się w sprawie granitowej pewności co do własnego męża. Potem pomyłki przytrafiały mi się ustawicznie.
Może faceci wiedzieli, że zawsze są na drugim miejscu - za pisaniem.
- Zgadza się. „Diabeł" powiedział: Cholera, nigdy do mnie nie masz takiego wyrazu twarzy jak do tej maszyny, muszę ją zepsuć. Potem, zdaje mi się, chyba coś się rzeczywiście stłukło.
Jest pani, delikatnie rzecz ujmując, nietypowa w każdej dziedzinie życia. Zarówno ilościowo, jak i tematycznie, pani pasje wykraczają poza zwykły krąg babskich zainteresowań.
- Na wszystkie nie starcza mi czasu. Hazard, filatelistyka, gra w karty, bursztyn, suche zielska... Posiadam milion pasji i twierdzę, że bezrobocie nie grozi osobom, które są ciekawe życia. Ja sama, oświadczam to publicznie, mogłabym robić cokolwiek. Poza sprzątaniem. Sprzątania nie cierpię.
Poławiać bursztyn?
- Och, niestety, wszystko zależy od kaprysów bursztynu. Bursztyn jest wymagający. Powiedział do mnie w tym roku: dopóki, głupia babo, nie oczyścisz zbiorów z ostatnich czterech lat, dopóty nie dostaniesz ani kawałka. A jeżdżę na Mierzeję od 27 lat.
W kasynie była pani babską prekursorką?
- Chyba w „Hazardzie" napisałam, że gdy pierwsze automaty pojawiły się w Warszawie, to z kawiarni Stylowa na rogu Pięknej i placu Konstytucji dochodziły krzyki: ta pani postawiła 2! „Ta pani" - to byłam ja. Jedyna Kobieta w salonie... Mimo to nikt mnie nie zaczepiał.
W co pani grała?
- I w ruletkę, i w maszyny. Jeśli człowiek ma piękne wejście w ruletce, to uczepi się ruletki, jeśli w black jacku, wczepi pazury w black jacka. Bo kto wącha z upodobaniem fiołki, zazwyczaj w tym samym momencie nie chce konwalii. Bywało, że przegrałam na automacie. To zbliżałam się wtedy do ruletki. Zmęczyłam i pokerem, i ruletką? Usiadłam do black jacka, trafiłam.
Największa wygrana i przegrana?
- O przegranych się nie mówi. Wygraną trafiłam na wyścigach konnych 274 tysiące złotych. Wtedy za spotkanie autorskie dostawałam 1000.
Z pani najnowszej książki „Przeciwko babom" wynika, że to my, kobiety, jesteśmy głupie i same sobie winne.
- Dziewczyny, rany boskie, chcemy pozostać kobietami czy nie? Jeśli nie zadbamy o własne potomstwo, zostanie każdej z nas powiesić się albo zmienić płeć. Puknijcie się więc we wszystko. Chłopy zjawiają się na świecie dzięki nam. Reszta - to sprawa wychowania. Mnie na przykład nie podoba się wychowanie muzułmańskie, bo oni traktują swoje kobiety gorzej niż owce, kozy, pniaki nawet. Chętnie poczytam biografię Mahometa, aby wiedzieć, co ten facet właściwie myślał. Między nami mówiąc, prawdopodobnie nic. Skoro raj w wersji Mahometa ma polegać na tym, że jakiś drań rozłoży się pod figowcem, owoce będą mu do pyska wlatywały, a wianuszek tłustych hurys zawachluje się na śmierć w charakterze wentylatora, to ja dziękuję za taki raj.
Z książki wynika, że jesteśmy już jedną nogą w mahometańskim raju.
- Wszystkie się z wolna przeistaczamy w hurysy... Pomijam już, że ja nie pragnę być tłusta jak one. Lecz całkiem serio: Europejki wykazują jeszcze jakieś resztki instynktu samozachowawczego, za to Amerykanki oraz w ogóle kobiety z kręgu anglosaskiego poszły za daleko. A biologia się przecież nie zmienia. Trzeba im, chłopom znaczy, podetknąć pod nos omlecik albo zawlec do łóżka. Co się takiemu może nie spodobać - omlecik czy łóżko?
Z jakich tak zwanych babskich atrybutów nigdy pani nie zrezygnowała? Ma pani choć jedne płaskie buty?
- Te są najniższe, jakie mam. Przeczytałam w naukowym czasopiśmie, że pięta powinna znajdować się 3 cm wyżej nad palcami. Dowiedziałam się powyższego po 40 latach chodzenia na obcasach. Instynktowny wybór.
A kolczyk w pępku - co pani na to?
- Bez przesady. Róża na dekolcie - co innego, kolczyk w pępku czy nosie - znów inna sprawa. Dla mnie to kolosalna różnica. A co my, małpy jesteśmy? I jeszcze osobiście protestuję przeciw wbijaniu się bab w spodnie! Bo może się tak zdarzyć, że faceci zapragną dorównać nam, skoro my ruszyłyśmy do wyścigu z nimi na unifikację strojów.
Dostała pani kiedyś od mężczyzny brylanty?
- Mój mąż pod koniec małżeństwa westchnął: wiem, że ci się należy ode mnie 17 prezentów. Porządnie liczył.
„Diabeł", który tak dał pani w kość, też nie był szczodry?
- Od „Diabła" mam wisior, który teraz jest w naprawie, i pierścionek srebrny z masą perłową.
Ale majątku na gachach pani nie zbiła?
- Matko Boska, gdybym posiadała to wszystko, co przy ich okazji straciłam, tobym nie tu mieszkała, tylko w Wilanowie.
W przyjaźni miała pani więcej szczęścia. Alicja to jedna z najważniejszych osób w pani życiu. Rozstanie z nią, gdy wyjeżdżała do Danii, przeżyła pani bardziej niż rozwód, jeśli to w ogóle da się porównać?
- Jakie rozstanie! Wiadomo było od pierwszej wyjazdowej chwili, że będziemy się widywać. Alicja po latach powiedziała: okazałaś się jedyną osobą, która mnie odprowadziła na pociąg. I pierwszą, którą do Kopenhagi zaprosiłam. Fakt, na zaproszeniu mi wtedy zależało. Po rozwodowych przejściach wysłałam do niej rozpaczliwy list: błagam cię, wyrwij mnie stąd, bo zwariuję. Nie wiem, co by się ze mną stało, gdyby mnie wtedy zlekceważyła. Uratowała mi życie. Ja dla niej jestem pewnie kimś nieporównywalnie mniej znaczącym. Ciągle jednak łączy nas ta sama grupa krwi. Staram się więc obecnie, kiedy Alicja weszła już w lata naprawdę poważne, żeby miała opiekę. Ale moje starania nie znaczą nic w porównaniu z tym, co ona kiedyś dla mnie zrobiła.
Co was połączyło?
- Nazywam to identyczną grupą krwi. Obie zawsze uważamy, że lojalność zalicza się do podstawowych ludzkich przymiotów, prawdomówność też. Ja całe życie mówię prawdę, odruchowo i głupio. Mamy wspólny stosunek do pracy, do ludzi. Im jestem starsza, tym lepiej rozumiem Alicję. O Boże, jak ja rozumiem Alicję! Tak, niekiedy kłóciła się ze mną. W złości wykrzykiwała: czy mogłabyś się, do jasnej cholery, odczepić ode mnie, czy nie ma gdzieś w pobliżu innych ludzi?! Lecz przecież narzekała tylko na niby. Alicji, Danii, moim życiowym ówczesnym perypetiom zawdzięczam „Wszystko czerwone". Bo ta książka u niej mi się zalęgła. Spytałam kiedyś Alicję, czy mogę ją opisać. Moja przyjaciółka na to: pisz, ale żeby nie było dokładnie o mnie. Ja namieszałam, a ona: coś ty, kretynko, narobiła, nic się nie zgadza!
0 uśmiercenie jej w książce nie miała pretensji?
- Skądże znowu! Podobało jej się, nawet bardzo. Ale się rzuciła na mnie z pazurami - o to, że zwyrodnialca z sercem po prawej stronie z niej zrobiłam.
A inne osoby, które pani nieco oszkalowała w swoich książkach?
- Mam nadzieję, że rozliczne oszkalowane, jak to panie ujęły, osoby obce, po pierwsze, tego nie czytają, po drugie - nawet jeśli, nie biorą do siebie. Raz stało się potwornie. Bobuś z „Wszystkiego czerwonego" był bardzo przystojnym facetem, natomiast charakter mu własny zostawiłam. I, skurczybyk, się rozpoznał... Najpoważniej obraził się Witek, którego zrobiłam mordercą we „Wszyscy jesteśmy podejrzani" - pół roku ze mną nie rozmawiał.
0 rodzinie pisze pani z przyjemnością?
- Moja rodzina jest szalenie atrakcyjna.
Przyjmowali z wdzięcznością to, że są bohaterami kolejnych książek?
- Uważali mnie za głupią. Zawsze twierdziłam, że rola jedynaka oznacza nieszczęście absolutne. Wymaga się od niego, żąda. Załatwiałam więc wszystko dla wszystkich i, przysięgam, mało od tego nie zwariowałam. Dziękuję bardzo - roli jedynaka najgorszemu wrogowi nie życzę.
To dlatego urodziła pani drugiego syna?
- Chciałam mieć sześcioro dzieci, nieważne jakiej płci. Drugie dziecko stało się absolutnie niezbędne- zaparłam się, dostałam histerii, urodziłam. I dopiero się uspokoiłam. Z przyjemnością miałabym potomstwa więcej, tylko gdzie je położyć spać? Naprawdę wolę urodzić dziecko, niż wyrywać ząb.
Niż napisać książkę?
- To są dwie różne rzeczy. Nie mylmy namiętności z potrzebą biologiczną.
Cyganka wywróżyła, że nigdy nie będzie pani bogata i, jak pani napisała, to jej się, psiakrew, spełniło. Nadal nie uważa się pani za bogatą?
- Skąd, kochana. Owa Cyganka bardzo długo nie chciała mi wróżyć,w końcu oznajmiła, że umrę w wieku 25 lat. Szczęśliwie zapomniałam o ponurej przepowiedni, więc udało mi się nie umrzeć. Poza tym ona mnie poinformowała nie na temat bogactwa, lecz tylko wspomniała, iż nie będę cierpiała nędzy. Co do braku nędzy, w początkach mojego małżeństwa można było żywić spore wątpliwości. Żyliśmy skromnie, nie do tego stopnia, aby wygrzebywać resztki ze mietników, ale…
Bardzo skromnie?
- Przeraźliwie. Nigdy nie będę bogata jak Rockefeller, ale nie narzekam. Pieniądze nie dają szczęścia, natomiast ogromnie ułatwiają życie i o to mi chodziło - żeby ten wynalazek, pardon za wyrażenie, ułatwił życie. Żebym mogła zawołać taksówkę, a nie marnować połowy dnia, czekając na tramwaj.
Ojciec, opisany w „Autobiografii" jako złoty człowiek, chyba niczego od pani nie chciał?
- Ojciec to był czysty anioł. Niestety, odosobniony w swej anielskości. Natomiast egocentryzm nieprawdopodobny oraz niecierpliwość wzięłam po matce. Dopiero teraz to dostrzegam. Tylko staram się nad sobą panować.
Mimo wszystko rzadko się zdarza tak silny związek młodej osoby z rodziną starszego pokolenia.
- I tak oryginalny. Po pół roku pobytu w Danii wszyscy dostają nostalgii. Ja spokojnie sobie pracowałam w zawodzie, w biurze kreślarskim, i było mi dobrze. Minął rok, szłam do pracy i myślałam: co za szczęście, że jestem tu sama. Ale że po ojcu odziedziczyłam dobre serce, trzy miesiące później nabrałam chęci powrotu, by rodzinie zrobić przyjemność.
Co synowie i wnuczki mają po pani?
- I po mnie, i po moim mężu - poczucie humoru. To pozwoliło mi wychować dzieci. Dzięki poczuciu humoru nie pozabijałam ani ja ich, ani oni mnie.
A jak jest między nimi?
- Różnie się układało. I darli koty, i przestawali drzeć.
Jest pani apodyktyczna?
- Niech mnie pani nie rozśmiesza. Ja tylko nie lubię zatruwaczy.
Kogo? Pan Tadeusz nie wygląda na zatruwacza.
- A nie może pani porozmawiać z panem Tadeuszem, z moją sprzątaczką, z moimi dziećmi, siostrzenicą, siostrzeńcem? Wszystkiego się pani dowie.
Może to nie są zatruwacze, tylko oni dbają o tak zwane pani dobro?
- A czy oni mogliby dbać wtedy, kiedy mnie to pasuje, a nie wtedy, kiedy mnie obchodzi całkiem co innego?!
Ktoś jest w stanie narzucić pani swoją wolę?
- Pan Tadeusz. Kiedy on mówi, że coś jest absolutnie niezbędne, ja, nie wiedząc dlaczego, słucham go. No i jeszcze dzieci. Ale one nie żądają, tylko są takie nieszczęśliwe.
A nałogi panią nie rządziły?
- Czy ja wiem... Uzależnienie to coś, czego nie lubię, nie aprobuję, czego uniknąć bym chciała i, przypuszczam, udało mi się. Alkohol niespecjalnie. Narkotyki odpadają kompletnie. Hazard? Jeżeli przez 3/4 roku potrafię nie pójść do kasyna, uzależnienie okazuje się jakby nędzne. Mówiłabym raczej o zamiłowaniu. Konie? Tak, przez 35 lat bywałam na wyścigach trzy razy w tygodniu. W jakimś momencie przestałam bywać. Nie bywam, nic się nie dzieje. Papierosy? Czy to uzależnienie? Zaczęłam palić po trzydziestce z obawy przed tyciem. Po latach, kiedy ograniczyłam palenie do 10 papierosów dziennie, w3 tygodnie utyłam 6 kilo. I parsknęłam: pocałujcie mnie we wszystko! Wolę umrzeć chuda, niż żyć tłusta.
Ale pisanie pani nie znudziło?
- O nie, ja to lubię.
Czy pani wie, że dla wielu osób jest pani błogosławieństwem życia?
- Tak
Jest taka jak jej książki: zabawna, przewrotna, wystrzałowa. Nie do podrobienia. Po drugim pytaniu albo wyrzuca dziennikarza, albo mówi: Kiciu kochana, czy ty to wytrzymasz?
Jej prawa ręka i pierwszy selekcjoner dziennikarzy, Tadeusz Lewandowski, próbuje obalić mit upiornej szefowej. „To człowiek do rany przyłóż” – przekonuje, co wcale nie zmniejsza naszego przerażenia. Strach nie mija nawet, gdy pani Joanna wita nas jak dobrze znajome. Nadal spodziewamy się najgorszego. Jest lekko poirytowana. Opowiada, jak zmarnowała pół butelki chablis, gotując coś, co „nie jest aż tak obrzydliwe, żeby tego nie jeść, ale nie jest też znakomicie dobre”.
Polubiła pani kuchnię?
Joanna Chmielewska: - Jakie polubiłam? Jaką kuchnię? Przez całe życie gotowałam. Ale nie lubię robót zanikających. Cos zostanie od razu zjedzone i do widzenia. Gotowanie więc – to nie jest moje ulubione zajęcie.
Nieprawdą jest, co powiedział któryś z mężczyzn, że specjalność Joanny Chmielewskiej to parówki z musztardą?
- Bzdura. Świetnie gotowały moja matka i babka, a we mnie ich talent przetrwał. Nie ograniczam się do parówek. Wreszcie – napisałam „Książkę poniekąd kucharską”, prawda? Istnieją nawet osoby, które ja chwaliły. Z krytyką wyrażoną publicznie tylko raz się spotkałam. Jeśli już coś ugotuję, to jest to na ogół smaczne, pan Tadeusz świadkiem. Często „robiewam”, bo robię to za dużo powiedziane, kartoflankę z zacierkami. Dobrze mi wychodzą gęś i kaczka po pakistańsku, choć przyznaję: dwa razy nie wyszły.
A pomijając gęś i kaczkę, co pani w życiu nie wyszło?
- Na pewno mnóstwo rzeczy. O Boże, w tej chwili z zachwytem przeglądam w myślach, co mi wyszło? Ogromnie wiele!!! A co się nie udało? Chyba najgorzej w życiu sprawdzam się w rolach, które wymagają systematyczności połączonej z rutyną. Nie ukrywajmy, że do takich zaliczają się role kobiece: żony, matki i pani domu.
Mówi pani o sobie, że ma paskudny charakter i jest zła matką.
- Na pewno byłam złą matką, a w każdym razie zdecydowanie nietypową. Co się z resztą okazało w konsekwencji dla dzieci korzystne. W tej chwili obaj synowie twierdzą, a znajdują się w okolicy pięćdziesiątki, że moje metody wychowawcze cieląt doskonale im zrobiły. Bardzo wcześnie dowiedzieli się, co musza. Musza mianowicie sami się postarać o to , co do życia potrzebne. Mamunia nie da, bo nie ma. Przez całe lata pracowałam, często po osiemnaście godzin na dobę. Chłopcy to rozumieli. I prędko wyciągnęli wnioski. Obu więc cechowała zawsze nie byle jaka zaradność. Zdarzało się, że przechodząca w nadaktywność. Jak wtedy, gdy młodszy, Robert, usiłował wysadzić w powietrze dom. Na szczęście bezskutecznie.
Słynny przypadek, kiedy jeden syn woła drugiego zdumiony: „Te, matka zrobiła śniadanie” – jest prawdziwy?
- Święta prawda. Wtedy, jedyny raz, przygotowałam im śniadanie. To miało swoje konsekwencje po latach. Gdy pewnego razu, w wyniku tak zwanej wyższej konieczności, okazało się, że Jerzy naprawdę umie gotować, i to bynajmniej nie tylko jajecznicę, jego ówczesna żona bardzo długo pozostawała w szoku. Z czego płynie wniosek, drogie panie, że mężczyzn należy testować w każdych okolicznościach, bez odpuszczania. Kto wie, co z nich dobrego tu albo tam wylezie? Na ogół oni wiele umieją, tylko im się nie chce. Także nie pokazują zbyt ochoczo swych domowych sprawności. Ot! Zwyczajne wygodnictwo. A jak to zrobić, aby męski skorupiak bez ociągania, specjalnie dla nas, porzucał swój pancerzyk, napisałam niedawno książkę „Przeciwko babom”. Na razie czytelniczki, z którymi rozmawiałam, wypowiadają się o moich radach pozytywnie.
Ale jednocześnie lubiła pani przyjemność czasem zrobić dzieciom?
- Jak każda matka. Tylko ten cholerny brak czasu… Synowie na ogół od razu po szkole szli do babci. Za to wieczorami lubili wracać ze mną do domu, bo jak jechaliśmy taksówką, zyskiwali szansę, by z nie typowej dla siebie na co dzień perspektywy oglądać miasto. A jeśli na taksówkę nie starczało, wracaliśmy piechotą. Zdarzało się – tańcząc po chodnikach i jezdniach charlestona, co oni uważali za zajęcie wysoce rozrywkowe.
Taka mama to jednak skarb – nie dość, że rzadko bywa, czyli rzadko wymaga, to jeszcze jest rozrywkowa.
- Po prostu było fajnie. Bo nawet najdziwniejsza matka posiada jakieś zalety. Zwłaszcza jeśli to osoba nie trzpiotowata, ale zapracowana. Zresztą kiedy ktoś usiłował skrzywdzić moje dziecko, zamieniałam się w wilczycę, która ma to do siebie, że jak wilczę, nie daj Boże, piśnie z miejsca tego kogoś zabija lub chociaż usiłuje. Wykazywałam podobne skłonności.
Często walczyła pani o swoje dzieci?
- Na szczęście dawały sobie radę. Kiedy się jednak przytrafiało raz albo drugi, wkraczałam. A wtedy… Rany boskie!
Jak pani zareagowała na synowe?
- Absolutnie nie maiłam obiekcji. Każda z moich synowych ogromnie mi się podobała. Były to urocze dziewczyny, myślałam nawet: Boże, jak to możliwe, że akurat ci moi chłopcy, zwyczajnym cudem, w obliczu mnóstwa dziewczyn nie do przyjęcia, znaleźli sobie żony na poziomie? Dziś mogę zaryzykować twierdzenie, iż widocznie nie tylko oni wykazywali dobry gust, ale także, w opinii potencjalnych narzeczonych, wyróżniali się pożądanymi przymiotami. Może zagrały w obydwu geny przodków po mieczu? To dobre geny, choć budujące charaktery nadzwyczaj kolczaste.
Mąż jest jedynym mężczyzną, którego oszczędziła pani w swoich książkach, a jednak się pani z nim rozwiodła.
- To nie to. O mężu nie pisałam z wielu powodów, także ze względu na dzieci, które były, bądź co bądź, tez jego dziećmi. Mój mąż to w ogóle jednostka raczej dość niezwykła. Trochę miejsca zajął nie tylko w moim życiu. Czytelnicy znają go z „Autobiografii”. Zobowiązuję się tutaj, że przy sprzyjającej okazji ujawnię nieco więcej szczegółów na temat ojca Jerzego i Roberta. Teraz nie mogę, bo temat za obfity… I tylko jedno mogę tymczasem wyznać. Wszystkie moje dramatyczne przejścia, z próbą samobójstwa włącznie, przez lata chłopcy traktowali nieco zbyt lekko… jako efekt wisielczego humoru z mojej strony. Dziś rozumieją świetnie, na czym polega dramatyzm rozstań damsko-męskich. I „Autobiografię” czytaj inaczej.
Radziłaby pani kobietom decydować się raczej na gacha, czy na męża?
- Lepszy mąż, z którym jest się zaprzyjaźnionym, zwłaszcza jak przez całych jedenaście lat mój, gwarantujący pełne porozumienie. Z gachami większy kłopot. I zazwyczaj większe rodzinne komplikacje.
A pani następczynie u boku męża? Nie przypadły pani do gustu?
- Mój mąż ożenił się ze mną, jednostką prezentującą sobą jakąś inteligencję, może nie wstrząsającą, ale zawsze, po czym wybrał inną reprezentantkę płci żeńskiej. Do dziś jestem zdania, iż ona zarówno aparycyjnie, jak i umysłowo, znajdowała się na poziomie nieco niższym. Ten człowiek postanowił uprawiać życie w kratkę. Bo w charakterze trzeciej dorwał uroczą dziewczynę, z którą się bez mała zaprzyjaźniłam. I gdy ożenił się po raz czwarty, znowu zdecydował się na takie coś, że mną zatrzęsło. O Jezu, ratunku. Byłyby miał piątą żonę, gdyby nie umarł.
Pani był wierna jednej męskiej opcji? - Nigdy w życiu nie frapował mnie, niestety, żaden normalny człowiek. Zresztą ja sama na żonę się nadaję jak na primadonnę w operze. Owszem, przytrafiali się faceci inteligentni, przystojni, czarujący. Ale tak strasznie normalni. I jakoś nie wychodziło… Przy czym też nienormalność nie każda mi pasowała.
Ktoś mógłby powiedzieć, że charakter pani niezbyt jest łatwy.
- Kotuś, ja liczę sobie sporo lat. Co oznacza, iż naprzeżywałam się wiele, w sposób nadzwyczaj skomplikowany. W młodości, wczesnej oczywiście, różnie bywało. Ogromnie różnie. Ale kto czyta te słowa, proszę aby miał na względzie, że ja jestem osoba przedwojenna. Nigdy mi się nie zdarzyło, żeby jednego dnia spotkać faceta i iść z nim do łóżka, o nie. Znajomość zaczyna się od wnętrza, przenigdy od rękoczynów, przenigdy od łóżka. Bywało, że troszkę żałowałam, ale przepadło. Nie byłam w stanie się przemóc, trudno.
Wnętrzem też można się zachwycić w jednej sekundzie?
- Można. Opisałam kiedyś jedna z moich fascynacji. On – rzecznik prasowy MO. Oczka jak szpareczki, takie malutkie, w ogóle byle co. Czego się po tak nikczemnym męskim egzemplarzu spodziewać? I oto spędziłam u niego trzy kwadranse i wychodziłam, marząc, żeby tego człowieka poślubić na zawsze.
A oświadczyła się pani jakiemuś mężczyźnie?
- Musze się porządnie zastanowić. Nie przypominam sobie, ale cholera wie. Nie. Mówię przedwojenna jestem. Czytelniczkom tego wywiadu jedno poradzę, jak kobieta kobietom. Uwodźcie ich subtelnie. Bez propozycji zgłaszanych z miejsca: chodź kochanie, do łóżka. Jeśli na tym właśnie miałby polegać feminizm, to ja feminizm tępię. Kotka wije się z podniesionym ogonem, ale skoczyć za nią musi kot. Jeśli nie jest kretynem, skoczy. Zawsze skakał, kiedy w odpowiedni sposób dostał szansę. I teraz skoczy, bez obaw.
Ewentualne niepowodzenia w miłości?
- O, bezustannie. Pierwszy raz pomyliłam się w sprawie granitowej pewności co do własnego męża. Potem pomyłki przytrafiały mi się ustawicznie.
Może faceci wiedzieli, że zawsze są na drugim miejscu - za pisaniem.
- Zgadza się. „Diabeł" powiedział: Cholera, nigdy do mnie nie masz takiego wyrazu twarzy jak do tej maszyny, muszę ją zepsuć. Potem, zdaje mi się, chyba coś się rzeczywiście stłukło.
Jest pani, delikatnie rzecz ujmując, nietypowa w każdej dziedzinie życia. Zarówno ilościowo, jak i tematycznie, pani pasje wykraczają poza zwykły krąg babskich zainteresowań.
- Na wszystkie nie starcza mi czasu. Hazard, filatelistyka, gra w karty, bursztyn, suche zielska... Posiadam milion pasji i twierdzę, że bezrobocie nie grozi osobom, które są ciekawe życia. Ja sama, oświadczam to publicznie, mogłabym robić cokolwiek. Poza sprzątaniem. Sprzątania nie cierpię.
Poławiać bursztyn?
- Och, niestety, wszystko zależy od kaprysów bursztynu. Bursztyn jest wymagający. Powiedział do mnie w tym roku: dopóki, głupia babo, nie oczyścisz zbiorów z ostatnich czterech lat, dopóty nie dostaniesz ani kawałka. A jeżdżę na Mierzeję od 27 lat.
W kasynie była pani babską prekursorką?
- Chyba w „Hazardzie" napisałam, że gdy pierwsze automaty pojawiły się w Warszawie, to z kawiarni Stylowa na rogu Pięknej i placu Konstytucji dochodziły krzyki: ta pani postawiła 2! „Ta pani" - to byłam ja. Jedyna Kobieta w salonie... Mimo to nikt mnie nie zaczepiał.
W co pani grała?
- I w ruletkę, i w maszyny. Jeśli człowiek ma piękne wejście w ruletce, to uczepi się ruletki, jeśli w black jacku, wczepi pazury w black jacka. Bo kto wącha z upodobaniem fiołki, zazwyczaj w tym samym momencie nie chce konwalii. Bywało, że przegrałam na automacie. To zbliżałam się wtedy do ruletki. Zmęczyłam i pokerem, i ruletką? Usiadłam do black jacka, trafiłam.
Największa wygrana i przegrana?
- O przegranych się nie mówi. Wygraną trafiłam na wyścigach konnych 274 tysiące złotych. Wtedy za spotkanie autorskie dostawałam 1000.
Z pani najnowszej książki „Przeciwko babom" wynika, że to my, kobiety, jesteśmy głupie i same sobie winne.
- Dziewczyny, rany boskie, chcemy pozostać kobietami czy nie? Jeśli nie zadbamy o własne potomstwo, zostanie każdej z nas powiesić się albo zmienić płeć. Puknijcie się więc we wszystko. Chłopy zjawiają się na świecie dzięki nam. Reszta - to sprawa wychowania. Mnie na przykład nie podoba się wychowanie muzułmańskie, bo oni traktują swoje kobiety gorzej niż owce, kozy, pniaki nawet. Chętnie poczytam biografię Mahometa, aby wiedzieć, co ten facet właściwie myślał. Między nami mówiąc, prawdopodobnie nic. Skoro raj w wersji Mahometa ma polegać na tym, że jakiś drań rozłoży się pod figowcem, owoce będą mu do pyska wlatywały, a wianuszek tłustych hurys zawachluje się na śmierć w charakterze wentylatora, to ja dziękuję za taki raj.
Z książki wynika, że jesteśmy już jedną nogą w mahometańskim raju.
- Wszystkie się z wolna przeistaczamy w hurysy... Pomijam już, że ja nie pragnę być tłusta jak one. Lecz całkiem serio: Europejki wykazują jeszcze jakieś resztki instynktu samozachowawczego, za to Amerykanki oraz w ogóle kobiety z kręgu anglosaskiego poszły za daleko. A biologia się przecież nie zmienia. Trzeba im, chłopom znaczy, podetknąć pod nos omlecik albo zawlec do łóżka. Co się takiemu może nie spodobać - omlecik czy łóżko?
Z jakich tak zwanych babskich atrybutów nigdy pani nie zrezygnowała? Ma pani choć jedne płaskie buty?
- Te są najniższe, jakie mam. Przeczytałam w naukowym czasopiśmie, że pięta powinna znajdować się 3 cm wyżej nad palcami. Dowiedziałam się powyższego po 40 latach chodzenia na obcasach. Instynktowny wybór.
A kolczyk w pępku - co pani na to?
- Bez przesady. Róża na dekolcie - co innego, kolczyk w pępku czy nosie - znów inna sprawa. Dla mnie to kolosalna różnica. A co my, małpy jesteśmy? I jeszcze osobiście protestuję przeciw wbijaniu się bab w spodnie! Bo może się tak zdarzyć, że faceci zapragną dorównać nam, skoro my ruszyłyśmy do wyścigu z nimi na unifikację strojów.
Dostała pani kiedyś od mężczyzny brylanty?
- Mój mąż pod koniec małżeństwa westchnął: wiem, że ci się należy ode mnie 17 prezentów. Porządnie liczył.
„Diabeł", który tak dał pani w kość, też nie był szczodry?
- Od „Diabła" mam wisior, który teraz jest w naprawie, i pierścionek srebrny z masą perłową.
Ale majątku na gachach pani nie zbiła?
- Matko Boska, gdybym posiadała to wszystko, co przy ich okazji straciłam, tobym nie tu mieszkała, tylko w Wilanowie.
W przyjaźni miała pani więcej szczęścia. Alicja to jedna z najważniejszych osób w pani życiu. Rozstanie z nią, gdy wyjeżdżała do Danii, przeżyła pani bardziej niż rozwód, jeśli to w ogóle da się porównać?
- Jakie rozstanie! Wiadomo było od pierwszej wyjazdowej chwili, że będziemy się widywać. Alicja po latach powiedziała: okazałaś się jedyną osobą, która mnie odprowadziła na pociąg. I pierwszą, którą do Kopenhagi zaprosiłam. Fakt, na zaproszeniu mi wtedy zależało. Po rozwodowych przejściach wysłałam do niej rozpaczliwy list: błagam cię, wyrwij mnie stąd, bo zwariuję. Nie wiem, co by się ze mną stało, gdyby mnie wtedy zlekceważyła. Uratowała mi życie. Ja dla niej jestem pewnie kimś nieporównywalnie mniej znaczącym. Ciągle jednak łączy nas ta sama grupa krwi. Staram się więc obecnie, kiedy Alicja weszła już w lata naprawdę poważne, żeby miała opiekę. Ale moje starania nie znaczą nic w porównaniu z tym, co ona kiedyś dla mnie zrobiła.
Co was połączyło?
- Nazywam to identyczną grupą krwi. Obie zawsze uważamy, że lojalność zalicza się do podstawowych ludzkich przymiotów, prawdomówność też. Ja całe życie mówię prawdę, odruchowo i głupio. Mamy wspólny stosunek do pracy, do ludzi. Im jestem starsza, tym lepiej rozumiem Alicję. O Boże, jak ja rozumiem Alicję! Tak, niekiedy kłóciła się ze mną. W złości wykrzykiwała: czy mogłabyś się, do jasnej cholery, odczepić ode mnie, czy nie ma gdzieś w pobliżu innych ludzi?! Lecz przecież narzekała tylko na niby. Alicji, Danii, moim życiowym ówczesnym perypetiom zawdzięczam „Wszystko czerwone". Bo ta książka u niej mi się zalęgła. Spytałam kiedyś Alicję, czy mogę ją opisać. Moja przyjaciółka na to: pisz, ale żeby nie było dokładnie o mnie. Ja namieszałam, a ona: coś ty, kretynko, narobiła, nic się nie zgadza!
0 uśmiercenie jej w książce nie miała pretensji?
- Skądże znowu! Podobało jej się, nawet bardzo. Ale się rzuciła na mnie z pazurami - o to, że zwyrodnialca z sercem po prawej stronie z niej zrobiłam.
A inne osoby, które pani nieco oszkalowała w swoich książkach?
- Mam nadzieję, że rozliczne oszkalowane, jak to panie ujęły, osoby obce, po pierwsze, tego nie czytają, po drugie - nawet jeśli, nie biorą do siebie. Raz stało się potwornie. Bobuś z „Wszystkiego czerwonego" był bardzo przystojnym facetem, natomiast charakter mu własny zostawiłam. I, skurczybyk, się rozpoznał... Najpoważniej obraził się Witek, którego zrobiłam mordercą we „Wszyscy jesteśmy podejrzani" - pół roku ze mną nie rozmawiał.
0 rodzinie pisze pani z przyjemnością?
- Moja rodzina jest szalenie atrakcyjna.
Przyjmowali z wdzięcznością to, że są bohaterami kolejnych książek?
- Uważali mnie za głupią. Zawsze twierdziłam, że rola jedynaka oznacza nieszczęście absolutne. Wymaga się od niego, żąda. Załatwiałam więc wszystko dla wszystkich i, przysięgam, mało od tego nie zwariowałam. Dziękuję bardzo - roli jedynaka najgorszemu wrogowi nie życzę.
To dlatego urodziła pani drugiego syna? - Chciałam mieć sześcioro dzieci, nieważne jakiej płci. Drugie dziecko stało się absolutnie niezbędne- zaparłam się, dostałam histerii, urodziłam. I dopiero się uspokoiłam. Z przyjemnością miałabym potomstwa więcej, tylko gdzie je położyć spać? Naprawdę wolę urodzić dziecko, niż wyrywać ząb.
Niż napisać książkę?
- To są dwie różne rzeczy. Nie mylmy namiętności z potrzebą biologiczną.
Cyganka wywróżyła, że nigdy nie będzie pani bogata i, jak pani napisała, to jej się, psiakrew, spełniło. Nadal nie uważa się pani za bogatą?
- Skąd, kochana. Owa Cyganka bardzo długo nie chciała mi wróżyć,w końcu oznajmiła, że umrę w wieku 25 lat. Szczęśliwie zapomniałam o ponurej przepowiedni, więc udało mi się nie umrzeć. Poza tym ona mnie poinformowała nie na temat bogactwa, lecz tylko wspomniała, iż nie będę cierpiała nędzy. Co do braku nędzy, w początkach mojego małżeństwa można było żywić spore wątpliwości. Żyliśmy skromnie, nie do tego stopnia, aby wygrzebywać resztki ze mietników, ale…
Bardzo skromnie?
- Przeraźliwie. Nigdy nie będę bogata jak Rockefeller, ale nie narzekam. Pieniądze nie dają szczęścia, natomiast ogromnie ułatwiają życie i o to mi chodziło - żeby ten wynalazek, pardon za wyrażenie, ułatwił życie. Żebym mogła zawołać taksówkę, a nie marnować połowy dnia, czekając na tramwaj.
Ojciec, opisany w „Autobiografii" jako złoty człowiek, chyba niczego od pani nie chciał?
- Ojciec to był czysty anioł. Niestety, odosobniony w swej anielskości. Natomiast egocentryzm nieprawdopodobny oraz niecierpliwość wzięłam po matce. Dopiero teraz to dostrzegam. Tylko staram się nad sobą panować.
Mimo wszystko rzadko się zdarza tak silny związek młodej osoby z rodziną starszego pokolenia.
- I tak oryginalny. Po pół roku pobytu w Danii wszyscy dostają nostalgii. Ja spokojnie sobie pracowałam w zawodzie, w biurze kreślarskim, i było mi dobrze. Minął rok, szłam do pracy i myślałam: co za szczęście, że jestem tu sama. Ale że po ojcu odziedziczyłam dobre serce, trzy miesiące później nabrałam chęci powrotu, by rodzinie zrobić przyjemność.
Co synowie i wnuczki mają po pani?
- I po mnie, i po moim mężu - poczucie humoru. To pozwoliło mi wychować dzieci. Dzięki poczuciu humoru nie pozabijałam ani ja ich, ani oni mnie.
A jak jest między nimi?
- Różnie się układało. I darli koty, i przestawali drzeć.
Jest pani apodyktyczna?
- Niech mnie pani nie rozśmiesza. Ja tylko nie lubię zatruwaczy.
Kogo? Pan Tadeusz nie wygląda na zatruwacza.
- A nie może pani porozmawiać z panem Tadeuszem, z moją sprzątaczką, z moimi dziećmi, siostrzenicą, siostrzeńcem? Wszystkiego się pani dowie.
Może to nie są zatruwacze, tylko oni dbają o tak zwane pani dobro?
- A czy oni mogliby dbać wtedy, kiedy mnie to pasuje, a nie wtedy, kiedy mnie obchodzi całkiem co innego?!
Ktoś jest w stanie narzucić pani swoją wolę?
- Pan Tadeusz. Kiedy on mówi, że coś jest absolutnie niezbędne, ja, nie wiedząc dlaczego, słucham go. No i jeszcze dzieci. Ale one nie żądają, tylko są takie nieszczęśliwe.
A nałogi panią nie rządziły?
- Czy ja wiem... Uzależnienie to coś, czego nie lubię, nie aprobuję, czego uniknąć bym chciała i, przypuszczam, udało mi się. Alkohol niespecjalnie. Narkotyki odpadają kompletnie. Hazard? Jeżeli przez 3/4 roku potrafię nie pójść do kasyna, uzależnienie okazuje się jakby nędzne. Mówiłabym raczej o zamiłowaniu. Konie? Tak, przez 35 lat bywałam na wyścigach trzy razy w tygodniu. W jakimś momencie przestałam bywać. Nie bywam, nic się nie dzieje. Papierosy? Czy to uzależnienie? Zaczęłam palić po trzydziestce z obawy przed tyciem. Po latach, kiedy ograniczyłam palenie do 10 papierosów dziennie, w3 tygodnie utyłam 6 kilo. I parsknęłam: pocałujcie mnie we wszystko! Wolę umrzeć chuda, niż żyć tłusta.
Ale pisanie pani nie znudziło?
- O nie, ja to lubię.
Czy pani wie, że dla wielu osób jest pani błogosławieństwem życia?
- Tak
Komentarze (0)
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze!
Powered by !JoomlaComment 4.0 beta1










