Jak mnie wychowano?
Na pytanie "Jak mnie wychowywano" mogłabym odpowiedzieć kilkoma słowami, z których każde miałoby sens. Idiotycznie. Dziwacznie. Niekonsekwentnie. Skutecznie.
Po pierwsze, osób, które uparły się mnie wychowywać, istniało sztuk cztery. Dwie ciotki, matka i babcia. Same kobiety. Trzecia ciotka i druga babcia prawie się nie wtrącały, a ojciec wywarł na mnie swój wpływ znacznie później i w ograniczonym zakresie.
Po drugie, zaczęło się chyba od karmienia jednostki nieletniej i tu głównie wystąpiła babcia. Otóż, jak udało mi się zrozumieć, karmiona byłam, ledwo udało mi się oczy i gębę otworzyć. Żadnych godzin, żadnych terminów, żadnych racjonalnych przerw, podejrzewam, że zgłodnieć nie zdołałam ani na jedną chwilę i w rezultacie, w najwcześniejszych latach życia, jedzenie stało się dla mnie czymś obrzydliwym. Później mi to jakoś przeszło.
Po trzecie, ubierana byłam również wedle poglądów raczej staroświeckich. Dziecko trzeba trzymać ciepło, no i trzymano mnie w czymś w rodzaju pieca hutniczego, z czego nikomu nic nie przyszło, bo na moje obecne oko od urodzenia miałam złe krążenie. Zimne ręce i zimne nogi. Stosowność stroju nieszczęsnego dziecka badano, macając rączki, a rączki były furt lodowate, aczkolwiek całość dziecka opływała potem.
Co w tej dziedzinie przeżyłam, to moje.
Można by teraz zastosować paragraf po trzecie a. Nie wolno mi było biegać, bo zbyt szybko się grzałam i pociłam, a to wszak szkodliwe. Kto by się nie spocił, do licha, biegając w tułubie...? A dziecko, jak wiadomo, spragnione jest ruchu. No i b. Przegrzewanie powoduje brak odporności na wszystko, w tym najmniejszy chłodny powiewek. Owszem, owszem, wszystko się zgadza, jakim cudem z tych niezliczonych gryp i angin wyszłam żywa, nie potrafię zrozumieć.
Za to kwestie, powiedzmy, intelektu, wyglądały zupełnie inaczej.
Moja matka poglądy wychowawcze miała ugruntowane i bez wątpienia jej zawdzięczam najgłębsze przekonanie, iż kłamstwo, jako takie, jest przejawem tchórzostwa, a tchórzostwo to hańba śmiertelna. Pojęcia nie mam, kiedy zalęgła się we mnie prawdomówność, jak sięgam pamięcią miałam ją w sobie zawsze i z rozgoryczeniem stwierdzam, że do dziś mi została. Co gorsza, działa w obie strony. Mianowicie nie przychodzi mi do głowy, że ktoś inny mógłby łgać, kręcić i tak dalej, wierzę wszystkiemu, co się do mnie mówi. Cholera. W dzisiejszych czasach... Niech szlag trafi takie wychowanie!
Ponadto wzbudziła we mnie dzikie pragnienie swobody i wolności, bo kurczowo trzymała mnie przy sobie, żeby mieć na mnie oko. Dzięki czemu nie nauczyłam się jeździć na łyżwach, które posiadałam. Mowy nie było o wypuszczeniu mnie samej na staw, widoczny z okna, na którym szalały rozmaite inne dzieci, a nikomu dorosłemu nie chciało się tam marznąć. Chyba że ojcu, ale on rzeczywiście nie miał czasu.
Ogólnie od wczesnego dzieciństwa usiłowano trzymać mnie pod tak zwanym kloszem, każde wyjście z domu wymagało dzikich wysiłków, mam na myśli, oczywiście, czasy przedwojenne. Pochodziłam, niestety, z tak zwanej przyzwoitej rodziny, niech to piorun spali, a dziewczynka z przyzwoitej rodziny nie może pętać się bez opieki byle gdzie i bawić z byle kim. Wobec czego, oczywiście, marzyłam o samodzielności. W spełnieniu marzeń pomogła wojna i zdaje się, że ta cała samodzielność trochę mi bokiem wyszła.
Po czwarte, i tu istnieje sens intelektualny, na żadne pytanie nie uzyskałam odpowiedzi w rodzaju "nie garb się" albo "nie zawracaj mi głowy". "Mama, skąd się bierze deszcz", względnie "dlaczego świeci księżyc", dostarczało mi konkretnej informacji, dostępnej mojemu umysłowi, ewentualnie propozycji, żeby spytać kogoś tam innego, kto bywał mi też dostępny. Ponadto czytać umiałam, o ile się orientuję, od piątego roku życia, przez tę piekielną "Baśń o Żelaznym Wilku", od której cała rodzina wariactwa dostała i podstępnie nauczyła mnie tej sztuki, żebym się wreszcie od nich odczepiła i upajała koszmarną lekturą we własnym zakresie.
Rzecz oczywista, opanowawszy możliwość czytania, baśni o Żelaznym Wilku nie tknęłam, za to rzucałam się na całą resztę. Dość obszerna biblioteka mojej matki, obejmująca kilkaset tomów... przy odrobinie uporu mogłabym powiedzieć ilu, ponieważ ta biblioteka stoi w tej chwili w moim domu, ale cholernie brakuje mi czasu... no dobrze, policzyłam, około trzystu, plus mnóstwo pożyczanych i tak dalej... była mi w pełni dostępna, nikt nigdy nie zabraniał mi czytać niczego, z wyjątkiem jednego utworu. Mianowicie moja matka wymogła na mnie uroczyste przyrzeczenie, że nie tknę "Zmór" Zegadłowicza przed ukończeniem czternastego roku życia. Przyrzeczenie złożyłam, święcie go dotrzymałam i do dziś dnia nie znam przyczyn akurat tego jednego zakazu. Całą resztę przeczytałam bez najmniejszych przeszkód i chyba miało to swój sens, ponieważ zostawiło we mnie rozmaite interesujące poglądy. Kwestię honoru, twarzy, generalnie biorąc - człowieczeństwa...
Nikt mnie nigdy nie bił, co za idiotyzm, to jedno lanie smyczą od psa, jakim uszczęśliwiła mnie raz moja matka, stanowi wydarzenie ekstraordynaryjne i na nic kompletnie nie miało wpływu. Normalnie działano na mnie metodą perswazji, a karana bywałam grobowym milczeniem, które odczuwałam jak najstraszniejszą torturę świata. Stanowczo wolałabym, żeby mi kto zdrowo przyłożył.
O ile ogólnie sięgam pamięcią, znacznie więcej szkody, a także znacznie więcej korzyści przysporzyła mi moja ciotka Lucyna. To ona właśnie najbardziej obawiała się rozwoju we mnie cech jedynaczki. Od najwcześniejszego dzieciństwa tępiła we mnie egoizm, megalomanię, sobkostwo, histerię, egocentryzm, generalne upojenie sobą, przesadny optymizm, wszelkie, ogólnie biorąc, przyjemne cechy i doznania, i możliwe, że poszła w tym odrobinę za daleko, bo w końcu zbuntowałam się i przestałam jej wierzyć. Niemożliwe, żebym była aż takim potworem, w dodatku niedorozwiniętym umysłowo! Ta racjonalna myśl zalęgła się we mnie jednakże znacznie później, a przedtem co odcierpiałam, to moje. Gdybym poddała się jej sugestiom, zapewne w tej chwili pracowałabym w Zieleni Miejskiej, zamiatając liście na poboczach ulic, bo to z pewnością potrafię...
Nikt się też nie czepiał o stłuczoną szklankę czy podartą kieckę, takie drobiazgi w mojej rodzinie traktowano pobłażliwie. Moje upodobanie do gry w karty było mile widziane. Nietakty popełniali wszyscy, zatem i moje nie zwracały na siebie uwagi, i w rezultacie odrobiny taktu nauczyłam się dopiero jako osoba dorosła. Za to opóźnienie powrotu do domu o głupi kwadrans wywoływało burzę z piorunami, ponieważ moja matka była z natury niecierpliwa i nienawidziła czekania. Od tamtych czasów świadomość, że nikt na mnie nie czeka, napełnia mnie upojeniem nadziemskim.
Bez wątpienia wojna przerwała dość przerażające zabiegi pedagogiczne, które miały ze mnie coś tam zrobić. Na pewno przestałam być ubierana z koszmarną przedwojenną pieczołowitością. Na pewno zmienił się mój stosunek do produktów spożywczych. Na pewno strzelił w górę patriotyzm, niekoniecznie w owym czasie właściwy ustrojowo, bo jednak byłam wychowana na Sienkiewiczu i w kulcie Piłsudskiego...
Zaraz, spokojnie. Wojna wojną, a kindersztuba jako taka...? Owszem, przyznaję bez bicia, jako dziecko-niejadek mogłam robić co chciałam. Jeść widelcem, nożem, palcami, nie wiem czym jeszcze, bylebym w ogóle jadła. Nie rodzina nauczyła mnie zachowywać się przyzwoicie, lecz ludzie, którzy nie zwracali na mnie najmniejszej uwagi, jadałam obiady w stołówce, w miejscu pracy mojego ojca, i naprawdę głupio mi było nie umieć posługiwać się nożem i widelcem. Ściśle biorąc umiałam, ale nie miałam chęci, wygodniej mi było stosować metodę amerykańską, życie załatwiło sprawę...
Dobrze już, dobrze, poruszę modne tematy. W dwunastym roku życia zostałam poinformowana, co mnie czeka jako jednostkę płci żeńskiej, przygnębiona tym byłam nie dłużej niż przez pół roku, ale nie przeżyłam żadnych szoków i na mózg mi nie padło. Uczestniczyły w tym razem, moja ciotka z moją matką, załatwiły kwestię kulturalnie, biologicznie, przyrodniczo i w najwyższym stopniu rozsądnie. Ponadto w jakiś tajemniczy sposób, zapewne wzmożony moimi dawnymi lekturami, udało im się dać mi do zrozumienia, że utrata tak zwanej cnoty to jest sztuka na raz.
I rzeczywiście.
Pomijam oczywiście nad wyraz przedwojenne, zważywszy obyczajowość, sprawy w rodzaju nierozmawiania z chłopakiem na rogu ulicy, zmiłuj się Panie, co musieli przeżyć i jak się zdumiewać moi koledzy z klasy, mieszkający w pobliżu, kiedy znienacka urywałam omawianie spraw szkolnych w pół słowa i pędziłam do domu, pomijam kwestię wypicia kieliszka wina na prywatce, pomijam randkę ze znajomym chłopakiem... Nieznajomy, świeżo poznany, nie wchodził w rachubę kompletnie... Dickens się kłania, na dziewiętnastym wieku zostałam wychowana własnym wysiłkiem.
A zarazem na dwudziestym. Moja niezaradna matka w mgnieniu oka, od środka wojny poczynając, doprowadziła mnie do tego, że poczułam się odpowiedzialna za wszystko. Zaraz po wojnie zaś przejęłam obowiązki, które powinny być zapewne udziałem mojego brata, gdybym go miała. Nie miałam. Stąd, jak sądzę, mój okropny charakter obecnie...
Zostałam wychowana z jednej strony pod straszliwą presją, a z drugiej w absolutnej swobodzie. Sama się temu wszystkiemu dziwię. Presja istniała wcześniej, swoboda później. A czy ja wiem, może ma to jakieś znaczenie...?
Joanna Chmielewska (pseudonim literacki), ur. w 1932 r., pisarka, z wykształcenia architekt - projektowała m.in. elektrociepłownię w Koninie. Napisała kilkadziesiąt kryminałów, takich jak Wszyscy jesteśmy podejrzani, Całe zdanie nieboszczyka, Wszystko czerwone, które bawią już trzecie pokolenie. W tym roku ukazała się jej kolejna książka Najstarsza prawnuczka. Zainteresowanych dalszymi losami autorki Lesia odsyłamy do wydanej w 1994 r. pięciotomowej Autobiografii.
Na pytanie "Jak mnie wychowywano" mogłabym odpowiedzieć kilkoma słowami, z których każde miałoby sens. Idiotycznie. Dziwacznie. Niekonsekwentnie. Skutecznie.
Po pierwsze, osób, które uparły się mnie wychowywać, istniało sztuk cztery. Dwie ciotki, matka i babcia. Same kobiety. Trzecia ciotka i druga babcia prawie się nie wtrącały, a ojciec wywarł na mnie swój wpływ znacznie później i w ograniczonym zakresie.
Po drugie, zaczęło się chyba od karmienia jednostki nieletniej i tu głównie wystąpiła babcia. Otóż, jak udało mi się zrozumieć, karmiona byłam, ledwo udało mi się oczy i gębę otworzyć. Żadnych godzin, żadnych terminów, żadnych racjonalnych przerw, podejrzewam, że zgłodnieć nie zdołałam ani na jedną chwilę i w rezultacie, w najwcześniejszych latach życia, jedzenie stało się dla mnie czymś obrzydliwym. Później mi to jakoś przeszło.
Po trzecie, ubierana byłam również wedle poglądów raczej staroświeckich. Dziecko trzeba trzymać ciepło, no i trzymano mnie w czymś w rodzaju pieca hutniczego, z czego nikomu nic nie przyszło, bo na moje obecne oko od urodzenia miałam złe krążenie. Zimne ręce i zimne nogi. Stosowność stroju nieszczęsnego dziecka badano, macając rączki, a rączki były furt lodowate, aczkolwiek całość dziecka opływała potem.
Co w tej dziedzinie przeżyłam, to moje.
Można by teraz zastosować paragraf po trzecie a. Nie wolno mi było biegać, bo zbyt szybko się grzałam i pociłam, a to wszak szkodliwe. Kto by się nie spocił, do licha, biegając w tułubie...? A dziecko, jak wiadomo, spragnione jest ruchu. No i b. Przegrzewanie powoduje brak odporności na wszystko, w tym najmniejszy chłodny powiewek. Owszem, owszem, wszystko się zgadza, jakim cudem z tych niezliczonych gryp i angin wyszłam żywa, nie potrafię zrozumieć.
Za to kwestie, powiedzmy, intelektu, wyglądały zupełnie inaczej.
Moja matka poglądy wychowawcze miała ugruntowane i bez wątpienia jej zawdzięczam najgłębsze przekonanie, iż kłamstwo, jako takie, jest przejawem tchórzostwa, a tchórzostwo to hańba śmiertelna. Pojęcia nie mam, kiedy zalęgła się we mnie prawdomówność, jak sięgam pamięcią miałam ją w sobie zawsze i z rozgoryczeniem stwierdzam, że do dziś mi została. Co gorsza, działa w obie strony. Mianowicie nie przychodzi mi do głowy, że ktoś inny mógłby łgać, kręcić i tak dalej, wierzę wszystkiemu, co się do mnie mówi. Cholera. W dzisiejszych czasach... Niech szlag trafi takie wychowanie!
Ponadto wzbudziła we mnie dzikie pragnienie swobody i wolności, bo kurczowo trzymała mnie przy sobie, żeby mieć na mnie oko. Dzięki czemu nie nauczyłam się jeździć na łyżwach, które posiadałam. Mowy nie było o wypuszczeniu mnie samej na staw, widoczny z okna, na którym szalały rozmaite inne dzieci, a nikomu dorosłemu nie chciało się tam marznąć. Chyba że ojcu, ale on rzeczywiście nie miał czasu.
Ogólnie od wczesnego dzieciństwa usiłowano trzymać mnie pod tak zwanym kloszem, każde wyjście z domu wymagało dzikich wysiłków, mam na myśli, oczywiście, czasy przedwojenne. Pochodziłam, niestety, z tak zwanej przyzwoitej rodziny, niech to piorun spali, a dziewczynka z przyzwoitej rodziny nie może pętać się bez opieki byle gdzie i bawić z byle kim. Wobec czego, oczywiście, marzyłam o samodzielności. W spełnieniu marzeń pomogła wojna i zdaje się, że ta cała samodzielność trochę mi bokiem wyszła.
Po czwarte, i tu istnieje sens intelektualny, na żadne pytanie nie uzyskałam odpowiedzi w rodzaju "nie garb się" albo "nie zawracaj mi głowy". "Mama, skąd się bierze deszcz", względnie "dlaczego świeci księżyc", dostarczało mi konkretnej informacji, dostępnej mojemu umysłowi, ewentualnie propozycji, żeby spytać kogoś tam innego, kto bywał mi też dostępny. Ponadto czytać umiałam, o ile się orientuję, od piątego roku życia, przez tę piekielną "Baśń o Żelaznym Wilku", od której cała rodzina wariactwa dostała i podstępnie nauczyła mnie tej sztuki, żebym się wreszcie od nich odczepiła i upajała koszmarną lekturą we własnym zakresie.
Rzecz oczywista, opanowawszy możliwość czytania, baśni o Żelaznym Wilku nie tknęłam, za to rzucałam się na całą resztę. Dość obszerna biblioteka mojej matki, obejmująca kilkaset tomów... przy odrobinie uporu mogłabym powiedzieć ilu, ponieważ ta biblioteka stoi w tej chwili w moim domu, ale cholernie brakuje mi czasu... no dobrze, policzyłam, około trzystu, plus mnóstwo pożyczanych i tak dalej... była mi w pełni dostępna, nikt nigdy nie zabraniał mi czytać niczego, z wyjątkiem jednego utworu. Mianowicie moja matka wymogła na mnie uroczyste przyrzeczenie, że nie tknę "Zmór" Zegadłowicza przed ukończeniem czternastego roku życia. Przyrzeczenie złożyłam, święcie go dotrzymałam i do dziś dnia nie znam przyczyn akurat tego jednego zakazu. Całą resztę przeczytałam bez najmniejszych przeszkód i chyba miało to swój sens, ponieważ zostawiło we mnie rozmaite interesujące poglądy. Kwestię honoru, twarzy, generalnie biorąc - człowieczeństwa...
Nikt mnie nigdy nie bił, co za idiotyzm, to jedno lanie smyczą od psa, jakim uszczęśliwiła mnie raz moja matka, stanowi wydarzenie ekstraordynaryjne i na nic kompletnie nie miało wpływu. Normalnie działano na mnie metodą perswazji, a karana bywałam grobowym milczeniem, które odczuwałam jak najstraszniejszą torturę świata. Stanowczo wolałabym, żeby mi kto zdrowo przyłożył.
O ile ogólnie sięgam pamięcią, znacznie więcej szkody, a także znacznie więcej korzyści przysporzyła mi moja ciotka Lucyna. To ona właśnie najbardziej obawiała się rozwoju we mnie cech jedynaczki. Od najwcześniejszego dzieciństwa tępiła we mnie egoizm, megalomanię, sobkostwo, histerię, egocentryzm, generalne upojenie sobą, przesadny optymizm, wszelkie, ogólnie biorąc, przyjemne cechy i doznania, i możliwe, że poszła w tym odrobinę za daleko, bo w końcu zbuntowałam się i przestałam jej wierzyć. Niemożliwe, żebym była aż takim potworem, w dodatku niedorozwiniętym umysłowo! Ta racjonalna myśl zalęgła się we mnie jednakże znacznie później, a przedtem co odcierpiałam, to moje. Gdybym poddała się jej sugestiom, zapewne w tej chwili pracowałabym w Zieleni Miejskiej, zamiatając liście na poboczach ulic, bo to z pewnością potrafię...
Nikt się też nie czepiał o stłuczoną szklankę czy podartą kieckę, takie drobiazgi w mojej rodzinie traktowano pobłażliwie. Moje upodobanie do gry w karty było mile widziane. Nietakty popełniali wszyscy, zatem i moje nie zwracały na siebie uwagi, i w rezultacie odrobiny taktu nauczyłam się dopiero jako osoba dorosła. Za to opóźnienie powrotu do domu o głupi kwadrans wywoływało burzę z piorunami, ponieważ moja matka była z natury niecierpliwa i nienawidziła czekania. Od tamtych czasów świadomość, że nikt na mnie nie czeka, napełnia mnie upojeniem nadziemskim.
Bez wątpienia wojna przerwała dość przerażające zabiegi pedagogiczne, które miały ze mnie coś tam zrobić. Na pewno przestałam być ubierana z koszmarną przedwojenną pieczołowitością. Na pewno zmienił się mój stosunek do produktów spożywczych. Na pewno strzelił w górę patriotyzm, niekoniecznie w owym czasie właściwy ustrojowo, bo jednak byłam wychowana na Sienkiewiczu i w kulcie Piłsudskiego...
Zaraz, spokojnie. Wojna wojną, a kindersztuba jako taka...? Owszem, przyznaję bez bicia, jako dziecko-niejadek mogłam robić co chciałam. Jeść widelcem, nożem, palcami, nie wiem czym jeszcze, bylebym w ogóle jadła. Nie rodzina nauczyła mnie zachowywać się przyzwoicie, lecz ludzie, którzy nie zwracali na mnie najmniejszej uwagi, jadałam obiady w stołówce, w miejscu pracy mojego ojca, i naprawdę głupio mi było nie umieć posługiwać się nożem i widelcem. Ściśle biorąc umiałam, ale nie miałam chęci, wygodniej mi było stosować metodę amerykańską, życie załatwiło sprawę...
Dobrze już, dobrze, poruszę modne tematy. W dwunastym roku życia zostałam poinformowana, co mnie czeka jako jednostkę płci żeńskiej, przygnębiona tym byłam nie dłużej niż przez pół roku, ale nie przeżyłam żadnych szoków i na mózg mi nie padło. Uczestniczyły w tym razem, moja ciotka z moją matką, załatwiły kwestię kulturalnie, biologicznie, przyrodniczo i w najwyższym stopniu rozsądnie. Ponadto w jakiś tajemniczy sposób, zapewne wzmożony moimi dawnymi lekturami, udało im się dać mi do zrozumienia, że utrata tak zwanej cnoty to jest sztuka na raz.
I rzeczywiście.
Pomijam oczywiście nad wyraz przedwojenne, zważywszy obyczajowość, sprawy w rodzaju nierozmawiania z chłopakiem na rogu ulicy, zmiłuj się Panie, co musieli przeżyć i jak się zdumiewać moi koledzy z klasy, mieszkający w pobliżu, kiedy znienacka urywałam omawianie spraw szkolnych w pół słowa i pędziłam do domu, pomijam kwestię wypicia kieliszka wina na prywatce, pomijam randkę ze znajomym chłopakiem... Nieznajomy, świeżo poznany, nie wchodził w rachubę kompletnie... Dickens się kłania, na dziewiętnastym wieku zostałam wychowana własnym wysiłkiem.
A zarazem na dwudziestym. Moja niezaradna matka w mgnieniu oka, od środka wojny poczynając, doprowadziła mnie do tego, że poczułam się odpowiedzialna za wszystko. Zaraz po wojnie zaś przejęłam obowiązki, które powinny być zapewne udziałem mojego brata, gdybym go miała. Nie miałam. Stąd, jak sądzę, mój okropny charakter obecnie...
Zostałam wychowana z jednej strony pod straszliwą presją, a z drugiej w absolutnej swobodzie. Sama się temu wszystkiemu dziwię. Presja istniała wcześniej, swoboda później. A czy ja wiem, może ma to jakieś znaczenie...?
Joanna Chmielewska (pseudonim literacki), ur. w 1932 r., pisarka, z wykształcenia architekt - projektowała m.in. elektrociepłownię w Koninie. Napisała kilkadziesiąt kryminałów, takich jak Wszyscy jesteśmy podejrzani, Całe zdanie nieboszczyka, Wszystko czerwone, które bawią już trzecie pokolenie. W tym roku ukazała się jej kolejna książka Najstarsza prawnuczka. Zainteresowanych dalszymi losami autorki Lesia odsyłamy do wydanej w 1994 r. pięciotomowej Autobiografii.
Komentarze (0)
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze!
Powered by !JoomlaComment 4.0 beta1










