Ostatnia kropla przepełniła naczynie mojej osobistej goryczy.
Stanowczo odmawiam zgody na wywiady ze mną. Dziennikarze nie są z tego zadowoleni i usiłują przełamywać moje opory. Raz wreszcie zatem hurtem wyjaśnię przyczyny protestu.
Z rozlicznych krzywd pamiętam zaledwie niektóre, ponieważ umysł ludzki chętnie wyrzuca z siebie nieprzyjemności, ale chyba i tych wystarczy. Już kilkanaście lat temu przeciwko mnie wystąpiły magnetofony. Osobom spragnionym wywiadu zepsuły się trzykrotnie, dwie panie i jeden pan, każde oddzielnie i w różnym czasie, poczynili sobie notatki, po czym byłam zmuszona sama te wywiady napisać, bo żadna adiustacja nie dała im rady. Prędzej padłabym trupem, niż wymówiła słowa, jakie mi w usta powkładano. Poprzekręcano także rozmaite fakty i po przeczytaniu dziennikarskiego tekstu sama sobie wydałam się idiotką beznadziejną. Wrażenie mogło być słuszne, ale niekoniecznie trzeba zaraz taką opinię o sobie rozpowszechniać.
Przed piętnastu laty cios ogłuszający zadała mi pani Krzywobłocka, lżąc mnie publicznie mianem poetessy. Przy pomocy wierszyków dla dzieci symulowałam jakoby subtelność charakteru, de facto wrednego i drapieżnego, a cała moja twórczość stanowiła nieudolny kamuflaż. Zważywszy, że w życiu nie napisałam ani jednego wierszyka dla dzieci, osłupiałam i bardzo długo nie mogłam utworu pani Krzywobłockiej zrozumieć, dopiero rozmowa telefoniczna wyjaśniła sprawę. Okazało się, że zostałam pomylona z zupełnie inną osobą i ją to autorka felietonu miała na myśli, nie zaś mnie, co nie przeszkadzało obdarzyć osobę nazwiskiem Joanny Chmielewskiej. Uczyniwszy delikatną uwagę, że dziennikarz powinien może sprawdzać niektóre fakty przed napisaniem o nich, poprosiłam o sprostowanie. Pani Krzywobłocka w pewnym stopniu zgodziła się ze mną i sprostowanie obiecała. Trzebaż jednak pecha, że akurat nazajutrz wybuchł stan wojenny i "Rzeczywistość", czasopismo, w którym zostałam oszkalowana, przepadło na wieki. Tym sposobem ta upiorna poetessa przylgnęła do mnie i nie dało się jej odczepić publicznie, bo rozwieszenia plakatów na murach miasta pani Krzywobłocka odmówiła, czemu trudno się dziwić.
Najświeższym przykładem może służyć "Gazeta Wyborcza", która dotychczas nie robiła mi nic złego. Całą Autobiografię napisałam z nadzieją, że wyjaśnienie w niej wszystkiego, co mogłoby zainteresować Czytelników, zamknie kwestię i wykluczy dywagacje na temat "co autor myślał". Otóż nic z tych rzeczy, niepotrzebnie umęczyłam się sama ze sobą, dziennikarze potrafią przeinaczyć nawet słowo pisane.
Pomijam już taką drobnostkę jak ewidentna pomyłka felietonu w tytule prasy. Nigdy w wydawnictwach CRZZ nie istniał periodyk "Kultura i Sztuka", istniała natomiast "Kultura i Życie" i w tej "Kulturze i Życiu" zamieszczałam artykuły. Szkoda niewielka, wątpię bowiem bardzo, czy ktokolwiek zacznie grzebać w starej prasie związkowej dla odnalezienia moich arcydzieł, dziennikarz jednakże tytuły czasopism powinien znać.
Gorzej, że pani Dajbor wetknęła mi w usta poglądy odwrotne od żywionych przeze mnie i głoszonych obficie. Nie napisałam, że "komunizm był ustrojem, bo na miano systemu nie zasługiwał", w słowach tych nie widzę w ogóle żadnego sensu, poza tym zdaje się, że nigdzie tego nie stwierdziłam na piśmie, za to z pewnością wielokrotnie mówiłam coś dokładnie przeciwnego. Że był to układ, bo nie zasługiwał na miano ustroju. Ciemno w oczach mi się zrobiło, kiedy przeczytałam owe straszne zdania, radykalnie zmieniające wypowiedź.
Podobno wygłosiłam także opinię następującą: "- Jak baba jest nieszczęśliwa, to albo chce się powiesić, albo książkę przeczyta. A chłop pójdzie do baru i tyle".
Otóż prostuję: doświadczenia stuleci wskazują, że z chłopem owszem, prawda, baba natomiast, jeśli się nie wiesza ani nie truje, leci kupić nowy kapelusz, ewentualnie pcha się do fryzjera. Zdarza się także, iż przeczyta książkę, ale nie jest to zjawisko nagminne. Komunikat, z którego wynika, że o tych reakcjach nie mam pojęcia i trwam w głupkowatych złudzeniach, czyni ze mnie oślicę zupełną. Ja zaś uważam się za oślicę zaledwie połowiczną.
Moim nieszczęściem jest fakt, że z dziennikarzami rozmawiam jak z ludźmi, zwyczajnie i bez zahamowań, w towarzyskiej rozmowie zaś mogą się zdarzyć przejęzyczenia, błędy gramatyczne i skróty myślowe. Wyrywanie z kontekstu jednego zdania wypacza sens całości.
Jeszcze gorzej moja umysłowość prezentuje się w odniesieniu do kwestii antysemityzmu. Jakoby z lektury Biblii wyniosłam jedną tylko refleksję, że Żydzi mają wstrętny charakter, poza tym nie zauważyłam niczego. Zapewne opętał mnie debilizm. Rozumiem, że prasa wymaga streszczeń i skrótów, ale ten właśnie skrót wypadł może nie najszczęśliwiej i bardzo Żydów za panią Dajbor przepraszam. W Autobiografii wyjaśniam kwestię chyba dość dokładnie, w kilku miejscach nawet, chętnie część wyjaśnienia powtórzę. Mój wstrząs dotyczył konkretnie exodusu z całym bagażem tych pożyczonych egipskich, złotych i srebrnych naczyń i też nie o naczynia jako takie chodziło, tylko o wykantowanych przyjaciół. Wrogów bym się nie czepiała. Możliwe, że sama pożyczyłabym od wroga złotą michę, żeby udać się z nią w siną dal, co do wstrętnego charakteru zaś trzeba przyznać, że Biblia robi co może.
Ogólnie biorąc, a to również wyraźnie napisałam, mój antysemityzm polega na tym, że nie odróżniam Żydów od innych narodowości i szanuję porządnych ludzi bez względu na ich pochodzenie. Francuz, Eskimos, Arab, Żyd, czy nawet Niemiec, co za różnica? Albo jednostka szlachetna, albo łobuz, reszta ma nikłe znaczenie. Mogę się przyznać, że nie lubię Argentyńczyków, no i co z tego?
Więcej w tym felietonie jest kwiatków, od których nabrałam niechęci do samej siebie. "Jej świat dzieli się na swoich i obcych" - napisała autorka, co o tyle może być komplementem, że taki właśnie stosunek do świata prezentuje każdy pies. Wysoko ceniąc psy, przyrównanie do nich odbieram jako zaszczytne, co nie zmienia faktu, że w ciągu całego życia nie istnieli dla mnie ludzie nieznajomi. Zważywszy, iż posiadam ogromną łatwość nawiązywania kontaktów, znajomości, a nawet przyjaźni, ów rzekomy podział świata nieco mną wstrząsnął. Jeżeli istotnie czynię takie wrażenie, czym prędzej postaram się zmienić własne cechy, nie wiem tylko które.
Kolejny skrót tekstu z Autobiografii również wypadł dziwnie i nieco mnie zadławił. Antyrasizm Alicji i jej ewentualna niechęć do poślubienia południowca w streszczonych cytatach nabrały oblicza, od którego na jej miejscu przestałabym ze mną rozmawiać. Na szczęście ona czytała całość, a "Gazetę Wyborczą" w Danii rzadko się spotyka.
Dziennikarzowi wolno pisać co zechce i wszelkie teksty prezentować tak, jak je zrozumiał, pod warunkiem wszakże, iż ujawnia poglądy własne. Wypaczanie poglądów i wypowiedzi opisywanej osoby, również jest, jak widać, możliwe, ale osoba z kolei ma prawo zaprotestować. Ogólnie biorąc, wolę sama wyjaśniać, "co autor myślał"...
A, prawda, byłabym zapomniała, że jestem chyba także oszustką. Te zarabiane miliardy ukrywam tak przed sobą, jak i przed Urzędem Podatkowym. Nie ma siły, pójdę siedzieć...
Od autorki
Joanna Chmielewska oskarża mnie, że wypaczyłam jej wypowiedzi. Całą rozmowę mam nagraną na taśmie i w każdej chwili chętnie ją udostępnię. Ograniczę się do najbardziej drażliwej tu kwestii antysemityzmu. Rzeczywiście, czytając Autobiografię zdziwiłam się, że passus poświęcony Biblii sprowadza się jedynie do refleksji o wstrętnym charakterze Żydów. Zagadnęłam o to autorkę w czasie rozmowy.
Chmielewska zrobiła długi wywód na temat ohydnych cech żydowskiego charakteru. Zastanawiała się, dlaczego Bóg pokarał nimi ten naród. Dopatrywała się w nich przyczyny rozproszenia narodu żydowskiego po świecie. W niewybrednych słowach stwierdziła też, że jeśli Żydzi chcą kultywować swoje tradycje, muszą wyjechać do Izraela.
Joanna Chmielewska uważa, że mój tekst był tendencyjny. I ma rację. Starałam się bowiem oszczędzić autorce, cytowania jej szczególnie emocjonalnych i brutalnych wypowiedzi.
Z szacunkiem
Agnieszka Dajbor
Stanowczo odmawiam zgody na wywiady ze mną. Dziennikarze nie są z tego zadowoleni i usiłują przełamywać moje opory. Raz wreszcie zatem hurtem wyjaśnię przyczyny protestu.
Z rozlicznych krzywd pamiętam zaledwie niektóre, ponieważ umysł ludzki chętnie wyrzuca z siebie nieprzyjemności, ale chyba i tych wystarczy. Już kilkanaście lat temu przeciwko mnie wystąpiły magnetofony. Osobom spragnionym wywiadu zepsuły się trzykrotnie, dwie panie i jeden pan, każde oddzielnie i w różnym czasie, poczynili sobie notatki, po czym byłam zmuszona sama te wywiady napisać, bo żadna adiustacja nie dała im rady. Prędzej padłabym trupem, niż wymówiła słowa, jakie mi w usta powkładano. Poprzekręcano także rozmaite fakty i po przeczytaniu dziennikarskiego tekstu sama sobie wydałam się idiotką beznadziejną. Wrażenie mogło być słuszne, ale niekoniecznie trzeba zaraz taką opinię o sobie rozpowszechniać.
Przed piętnastu laty cios ogłuszający zadała mi pani Krzywobłocka, lżąc mnie publicznie mianem poetessy. Przy pomocy wierszyków dla dzieci symulowałam jakoby subtelność charakteru, de facto wrednego i drapieżnego, a cała moja twórczość stanowiła nieudolny kamuflaż. Zważywszy, że w życiu nie napisałam ani jednego wierszyka dla dzieci, osłupiałam i bardzo długo nie mogłam utworu pani Krzywobłockiej zrozumieć, dopiero rozmowa telefoniczna wyjaśniła sprawę. Okazało się, że zostałam pomylona z zupełnie inną osobą i ją to autorka felietonu miała na myśli, nie zaś mnie, co nie przeszkadzało obdarzyć osobę nazwiskiem Joanny Chmielewskiej. Uczyniwszy delikatną uwagę, że dziennikarz powinien może sprawdzać niektóre fakty przed napisaniem o nich, poprosiłam o sprostowanie. Pani Krzywobłocka w pewnym stopniu zgodziła się ze mną i sprostowanie obiecała. Trzebaż jednak pecha, że akurat nazajutrz wybuchł stan wojenny i "Rzeczywistość", czasopismo, w którym zostałam oszkalowana, przepadło na wieki. Tym sposobem ta upiorna poetessa przylgnęła do mnie i nie dało się jej odczepić publicznie, bo rozwieszenia plakatów na murach miasta pani Krzywobłocka odmówiła, czemu trudno się dziwić.
Najświeższym przykładem może służyć "Gazeta Wyborcza", która dotychczas nie robiła mi nic złego. Całą Autobiografię napisałam z nadzieją, że wyjaśnienie w niej wszystkiego, co mogłoby zainteresować Czytelników, zamknie kwestię i wykluczy dywagacje na temat "co autor myślał". Otóż nic z tych rzeczy, niepotrzebnie umęczyłam się sama ze sobą, dziennikarze potrafią przeinaczyć nawet słowo pisane.
Pomijam już taką drobnostkę jak ewidentna pomyłka felietonu w tytule prasy. Nigdy w wydawnictwach CRZZ nie istniał periodyk "Kultura i Sztuka", istniała natomiast "Kultura i Życie" i w tej "Kulturze i Życiu" zamieszczałam artykuły. Szkoda niewielka, wątpię bowiem bardzo, czy ktokolwiek zacznie grzebać w starej prasie związkowej dla odnalezienia moich arcydzieł, dziennikarz jednakże tytuły czasopism powinien znać.
Gorzej, że pani Dajbor wetknęła mi w usta poglądy odwrotne od żywionych przeze mnie i głoszonych obficie. Nie napisałam, że "komunizm był ustrojem, bo na miano systemu nie zasługiwał", w słowach tych nie widzę w ogóle żadnego sensu, poza tym zdaje się, że nigdzie tego nie stwierdziłam na piśmie, za to z pewnością wielokrotnie mówiłam coś dokładnie przeciwnego. Że był to układ, bo nie zasługiwał na miano ustroju. Ciemno w oczach mi się zrobiło, kiedy przeczytałam owe straszne zdania, radykalnie zmieniające wypowiedź.
Podobno wygłosiłam także opinię następującą: "- Jak baba jest nieszczęśliwa, to albo chce się powiesić, albo książkę przeczyta. A chłop pójdzie do baru i tyle".
Otóż prostuję: doświadczenia stuleci wskazują, że z chłopem owszem, prawda, baba natomiast, jeśli się nie wiesza ani nie truje, leci kupić nowy kapelusz, ewentualnie pcha się do fryzjera. Zdarza się także, iż przeczyta książkę, ale nie jest to zjawisko nagminne. Komunikat, z którego wynika, że o tych reakcjach nie mam pojęcia i trwam w głupkowatych złudzeniach, czyni ze mnie oślicę zupełną. Ja zaś uważam się za oślicę zaledwie połowiczną.
Moim nieszczęściem jest fakt, że z dziennikarzami rozmawiam jak z ludźmi, zwyczajnie i bez zahamowań, w towarzyskiej rozmowie zaś mogą się zdarzyć przejęzyczenia, błędy gramatyczne i skróty myślowe. Wyrywanie z kontekstu jednego zdania wypacza sens całości.
Jeszcze gorzej moja umysłowość prezentuje się w odniesieniu do kwestii antysemityzmu. Jakoby z lektury Biblii wyniosłam jedną tylko refleksję, że Żydzi mają wstrętny charakter, poza tym nie zauważyłam niczego. Zapewne opętał mnie debilizm. Rozumiem, że prasa wymaga streszczeń i skrótów, ale ten właśnie skrót wypadł może nie najszczęśliwiej i bardzo Żydów za panią Dajbor przepraszam. W Autobiografii wyjaśniam kwestię chyba dość dokładnie, w kilku miejscach nawet, chętnie część wyjaśnienia powtórzę. Mój wstrząs dotyczył konkretnie exodusu z całym bagażem tych pożyczonych egipskich, złotych i srebrnych naczyń i też nie o naczynia jako takie chodziło, tylko o wykantowanych przyjaciół. Wrogów bym się nie czepiała. Możliwe, że sama pożyczyłabym od wroga złotą michę, żeby udać się z nią w siną dal, co do wstrętnego charakteru zaś trzeba przyznać, że Biblia robi co może.
Ogólnie biorąc, a to również wyraźnie napisałam, mój antysemityzm polega na tym, że nie odróżniam Żydów od innych narodowości i szanuję porządnych ludzi bez względu na ich pochodzenie. Francuz, Eskimos, Arab, Żyd, czy nawet Niemiec, co za różnica? Albo jednostka szlachetna, albo łobuz, reszta ma nikłe znaczenie. Mogę się przyznać, że nie lubię Argentyńczyków, no i co z tego?
Więcej w tym felietonie jest kwiatków, od których nabrałam niechęci do samej siebie. "Jej świat dzieli się na swoich i obcych" - napisała autorka, co o tyle może być komplementem, że taki właśnie stosunek do świata prezentuje każdy pies. Wysoko ceniąc psy, przyrównanie do nich odbieram jako zaszczytne, co nie zmienia faktu, że w ciągu całego życia nie istnieli dla mnie ludzie nieznajomi. Zważywszy, iż posiadam ogromną łatwość nawiązywania kontaktów, znajomości, a nawet przyjaźni, ów rzekomy podział świata nieco mną wstrząsnął. Jeżeli istotnie czynię takie wrażenie, czym prędzej postaram się zmienić własne cechy, nie wiem tylko które.
Kolejny skrót tekstu z Autobiografii również wypadł dziwnie i nieco mnie zadławił. Antyrasizm Alicji i jej ewentualna niechęć do poślubienia południowca w streszczonych cytatach nabrały oblicza, od którego na jej miejscu przestałabym ze mną rozmawiać. Na szczęście ona czytała całość, a "Gazetę Wyborczą" w Danii rzadko się spotyka.
Dziennikarzowi wolno pisać co zechce i wszelkie teksty prezentować tak, jak je zrozumiał, pod warunkiem wszakże, iż ujawnia poglądy własne. Wypaczanie poglądów i wypowiedzi opisywanej osoby, również jest, jak widać, możliwe, ale osoba z kolei ma prawo zaprotestować. Ogólnie biorąc, wolę sama wyjaśniać, "co autor myślał"...
A, prawda, byłabym zapomniała, że jestem chyba także oszustką. Te zarabiane miliardy ukrywam tak przed sobą, jak i przed Urzędem Podatkowym. Nie ma siły, pójdę siedzieć...
Od autorki
Joanna Chmielewska oskarża mnie, że wypaczyłam jej wypowiedzi. Całą rozmowę mam nagraną na taśmie i w każdej chwili chętnie ją udostępnię. Ograniczę się do najbardziej drażliwej tu kwestii antysemityzmu. Rzeczywiście, czytając Autobiografię zdziwiłam się, że passus poświęcony Biblii sprowadza się jedynie do refleksji o wstrętnym charakterze Żydów. Zagadnęłam o to autorkę w czasie rozmowy.
Chmielewska zrobiła długi wywód na temat ohydnych cech żydowskiego charakteru. Zastanawiała się, dlaczego Bóg pokarał nimi ten naród. Dopatrywała się w nich przyczyny rozproszenia narodu żydowskiego po świecie. W niewybrednych słowach stwierdziła też, że jeśli Żydzi chcą kultywować swoje tradycje, muszą wyjechać do Izraela.
Joanna Chmielewska uważa, że mój tekst był tendencyjny. I ma rację. Starałam się bowiem oszczędzić autorce, cytowania jej szczególnie emocjonalnych i brutalnych wypowiedzi.
Z szacunkiem
Agnieszka Dajbor
Komentarze (0)
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze!
Powered by !JoomlaComment 4.0 beta1










