- Trudno było namówić Panią na rozmowę. Czyżby niechęć do dziennikarzy?
JCh: Nie, do siebie. Nie podobają mi się wywiady ze mną. Szczególnie ta część, którą ja wygłaszam.
- A to dlaczego?
JCh: Bo trzeba by zmienić pytania.
- Są głupie?
JCh: Nie! W końcu można odpowiedzieć atrakcyjnie na każde pytanie, ale mnie to jakoś nie wychodzi.
- Nie martwny się na zapas, spróbujmy. Z wykształcenia jest Pani architektem. Dom Chłopa w Warszawie to Pani arcydzieło.
- Pracowałam przy jego wykonawstwie, a także nadzorowałam budowę pawilonu meblowego i mieszkaniówki NBP.
- Czy udało się Pani zrealizować jakiś własny projekt?
- Stałam kiedyś przed zaprojektowaną przez moją pracownię elektrociepłownią. Zachwycałam się, jaki to świetny projekt, jak nam się znakomicie udał. Tylko co za kretyn, co za idiota wymyślił te ceramiczne dachy nad portiernią i budynkiem administracyjnym? I przypomniałam sobie, że to byłam ja!
- Dlaczego wybrała Pani ten właśnie zawód, skoro już w wieku 10 lat pisała Pani powieści?
- Gdy miałam 16 lat byłam bardzo mądra, mądrzejsza niż teraz i wiedziałam, że należy znaleźć taką pracę, którą na pewno będzie się lubiło. A że miałam inklinacje do rysunku i wyobraźnię przestrzenną, poszłam na architekturę.
- A pisania Pani nie lubiła?
- Też. Ale moim zdaniem to nie wymagało specjalnych studiów polonistycznych. Miałam już dwie czy trzy wydane książki kiedy po przedłużonym pobycie w Danii znalazłam się bez pracy. Nie miałam też większych możliwości na jej znalezienie (bo była blokada etatów) a przed sobą perspektywę zawału, gdybym usiłowała pogodzić te dwa zawody. Musiałam więc któryś wybrać. I wybrałam ten właściwy.
- Czy powieści, które pisała Pani jako uczennica, to były kryminały?
- W bardzo wczesnych latach byłam zwolenniczką napisania wstrząsającego romansu.
- Kiedy to Pani przeszło?
- To wszystko bardzo porządnie opisałam we wstępie książki "Wszyscy jesteśmy podejrzani". Gdy miałam 11 lat przeczytałam utwór pt. "Straszny garbus". Czytałam tę książkę siedząc z nogami na krześle przy stole, na którym matka i ciotka układały pasjansa. W pewnej chwili matka spojrzała na mnie i bardzo spokojnym tonem powiedziała: "on stoi za tobą". Wrzasnęłam strasznie i zleciałam z krzesła. I wtedy doszłam do wniosku, że zbrodnia, sensacja, zagadka jest to coś znacznie bardziej atrakcyjne niż romanse.
- Czytuje Pani kryminały?
- Nagminnie i nieustannie.
- Dla inspiracji czy rozrywki?
- Jest to dla mnie niewątpliwie i rozrywka, i inspiracja ale często też powód do zdenerwowania. Wiele kryminałów jest napisanych okropnie. Obniżają rangę gatunku i przez to ten rodzaj twórczości jest uważany za coś gorszego.
- Podobno, żeby pisać kryminały trzeba mieć pokerową inteligencję, wielkie poczucie humoru, być dobrym psychologiem i mieć talent ani o włos mniejszy niż Stendhal?
- Brzmi to zachwycająco! Niektóre z tych cech niewątpliwie posiadam.
- Mianowicie?
- Poczucie humoru. Niedawno np. szłam po pustej ulicy i śmiałam się tak potwornie, że echo odbijało się od wydm.
- Co Panią aż tak rozbawiło?
- Nie co, a kto. Moja znajoma plastyczka - pani Jola, dama okazałej postury. Otóż pani ta pojechała do Nowego Jorku do rodziny. Oświadczyła już w progu, że nie życzy sobie żadnych opiekunek, miasto będzie zwiedzać sama, bo tak lubi. Rodzina po pewnym oporze ustąpiła, tłumacząc jej tylko dokładnie, jak Jola ma omijać Harlem, gdzie absolutnie jej noga stąpnąć nawet nie może. Jola wysłuchała uważnie, po czym zrobiła wszystko odwrotnie i całkiem nieoczekiwanie wylądowała pod kobylastym napisem "Harlem". Cóż, trzeba brać byka za rogi - pomyślała i energicznym krokiem podeszła do grupki wpatrujących się w nią murzyńskich wyrostków i oświadczyła: "Jestem polską rzeźbiarką, chciałabym dużo zwiedzić, mam nadzieję, że pokażecie mi Harlem". Chłopaki skamienieli do tego stopnia, że nawet oczami przestali mrugać, więc Jola - lekko zirytowana - powtórzyła z naciskiem swoje przemówienie. Po krótkiej dyskusji chłopcy oznajmili, że owszem, pokażą jej Harlem, ale muszą się do tego przygotować. Niech przyjdzie jutro punkt 12.00. Wróciła więc do rodziny i z dumą oświadczyła, że będzie zwiedzać Harlem. Rodzina w krzyk - jak to było, jak tyś się z nimi dogadała? No to Jola powtórzyła swoje expose. Po kwadransie konwulsji rodzina była zdolna do tego, by wyjaśnić, co naprawdę powiedziała Jola. Otóż murzyńscy chłopcy usłyszeli: "Dzień dobry, jestem polerowana rzeźba, przyjechałam do Stanów i proszę mi pokazać Harlem". Żeby chociaż zwykła rzeźba, ale polerowana!
- Podobno wszyscy bohaterowie Pani powieści istnieją naprawdę. Niektórzy poobrażali się śmiertelnie i mieli nawet zamiar wystąpić na drogę sądową?
- Już nie zamierzają, minęło im. Nie wszyscy na szczęście tak zareagowali. Lesio jest szczęśliwy. Powiedział, że mu się ten utwór przydał nadzwyczajnie! Od momentu, kiedy ukazała się książka o nim zaczął robić karierę.
- Doczekamy się dalszego ciągu Lesia?
- Dawno go nawet napisałam. A teraz przerabiam, bo pierwszej wersji nie przyjęto do druku.
- Z powodu?
- Słyszałam różne: że piszę idiotyzmy i nie ma powodu, żeby tę książkę wydawać. Że książka jest kompletnie nieaktualna, ponieważ takie sprawy jak: zatruwanie środowiska, śmierdzące powietrze czy promieniowanie wielkiej płyty w budownictwie zostały już pozytywnie załatwione i nie ma sensu tego wspominać, bo to historia. I poniekąd było to słuszne, bo rzeczywiście będzie to powieść historyczna.
- ?
- Z okresu międzykartkowego. Jak Pani zapewne nie pamięta kartki były w latach 40-tych. Potem nastąpił okres bezkartkowy aż do lat 80-ych. Jest to utwór właśnie z tych czasów.
- Gdy zaczyna Pani pisać książkę, wie Pani jak się ona skończy?
- Bywa różnie. Czasem piszę dla określonej sceny i do niej dorabiam początek i koniec. Bywa tak, że mam koniec i do niego zmierzam. A nieraz mam piękny początek, ale bladego pojęcia jak się to wszystko skończy.
- A bywa, że powieść rozrasta się w sposób niekontrolowany?
- Z reguły. Szczególnie te dla dzieci i młodzieży.
- A propos dzieci. Musi je Pani bardzo lubić, skoro poświęca im Pani tyle książek?
- Nie znoszę dzieci. Im jestem starsza, tym bardziej nie znoszę. Męczy mnie sama ich obecność. Niemniej nie przeczę, że na odległość bywają one szalenie interesujące. Ale pod warunkiem, że nie słyszę jak hałasują i nie ja jestem za nie odpowiedzialna.
- Gdy czytam Pani książki odnoszę wrażenie, że pisanie Panią bawi.
- Bo tak jest.
- Czy to znaczy, że przychodzi Pani z łatwością?
- Nie, z tym jest różnie. Zależy od nastroju, inwencji i samopoczucia. Jedno jest pewne - jeśli się człowiek męczy, to nic dobrego nie napisze.
- Myślała Pani o pisaniu scenariuszy filmowych?
- Zostałam do tego namówiona. Jest to jednak bardzo kiepskie zajęcie. W filmie najważniejszy jest reżyser, jego sposób patrzenia. A jeśli ja widzę inaczej, wychodzi z tego jakiś poroniony twór. W każdym razie dotychczasowe próby były zdecydowanie nieudane.
- A co Pani robi poza pisaniem?
- Maniacko lubię podróżować. Wydaję na to wszystkie pieniądze.
- Zdarza się Pani opisywać własne przygody?
- A cóż to ja jestem od macochy? Wszystkie opisane przeze mnie zdarzenia są reminiscencjami autentycznych wydarzeń. Niektóre przeżywałam sama, tak jak epokową i najdroższą w moim życiu podróż na trasie Kopenhaga-Warszawa.
- Uciekł Pani pociąg?
- Nie, moja przyjaciółka Alicja zdołała mnie wraz z 19 sztukami bagażu upchnąć na czas do bezpośredniego wagonu sypialnego z Kopenhagi do Warszawy. O 8.00 rano przyjechałam do Berlina i przypomniałam sobie, że na dworcu w Kopenhadze miałam wrzucić list, co zupełnie wyleciało mi z głowy. Wysiadłam szybko z wagonu, upewniając sie u konduktora, że pociąg postoi 5 minut i spokojnie udałam się po znaczek.
- A w kiosku był remanent?
- Nie skądże. Kupiłam znaczek, a gdy wyszłam zza tego kiosku ujrzałam tył oddalającego się wagonu. Co robić? Od razu zakwitła we mnie zdrowa myśl o taksówce. Po wielu trudnościach złapałam pojazd marki wołga i ruszyliśmy do Frankfurtu. Tam na dworcu czekali już na mnie jacyś ludzie dopytując, czy ja jestem "diese Dame?". Bez chwili wahania oświadczyłam, że oczywiście, to ja, bo któż inny? Okazało się, że mój pociąg odjechał 5 minut temu. Ale bagaż został. Niemiecki celnik, który stał w ostatnim wagonie i widział jak zostałam na peronie w charakterze półgłówka, wygarnął z mojego przedziału wszystko - tak dokładnie, że nawet śmieci z popielniczki wysypał. Leżało to w charakterze okropnej kupy, a na niej tkwił mój świeżo kupiony czarny kapelusz z wielkim rondem a la Greta Garbo. Jak zobaczyłam ten sponiewierany kapelusz, to czym prędzej wsadziłam go na głowę. I zaczęłam wykrzykiwać do celnika "Ich muss gehen nach Polen". Zgodził się chętnie.
- I poszła Pani?
- Akurat! Przecież miałam 19 sztuk bagażu. Szubko zmieniłam więc zdanie i stwierdziłam: "Ich muss fahren nach Polen". A z jechaniem to już znacznie gorzej - powiedzieli, bo najbliższy pociąg jest za 12 godzin. Więc znowu została taksówka. W oczekiwaniu na nią spacerowałam z celnikiem po nieprawdopodobnie obskurnym dworcu frankfurckim. A wyglądałam nader elegancko - w nowych butach z węża, rękawiczkach do łokcia i czarnym kapeluszu. Biedny celnik nie wiedział czy ma się spalić ze wstydu, czy być dumny z takiego towarzystwa. A żołnierze, jak Boga kocham, chodzili tyłem, żeby mnie tylko z oczu nie tracić.
W końcu przyjechała taksówka bagażowa ze strasznie sepleniącym kierowcą. Ruszyliśmy do Polski. W Świecku pognałam rączo do celników, a mój kierowca, nastawiony na to, że o mnie informacje podaje się sztafetą, bo ja głupia trochę i nie mówię jak człowiek, postanowił w tym czasie poinformować służby graniczne o co tu chodzi. I oni z tego jego seplenienia zrozumieli, że wiezie trupa. A w każdym razie jakieś zwłoki! Cóż, mogło być przecież i tak, ale czy zaplombowane? Nie, skądże, odparł, w takich drobnych kawałkach...
Zaczęto się zastanawiać, gdzie była taka potworna katastrofa, że zwłoki leżą w kawałkach, bo wdowę w tym kapeluszu, owszem, widzą. I ku wielkiej wszystkich radości, musiałam to odkręcać. W końcu do Warszawy jakoś dojechałam.
- Podróże to Pani jedyna pasja? Bohaterowie "Krokodyla z kraju Karoliny" świetnie radzą sobię na wyścigach konnych. Czy bywa Pani na Służewcu?
- Oczywiście. Uwielbiam konie, uwielbiam wyścigi konne i na każdym torze czuję się jak u siebie w domu.
- I gra Pani?
- A dlaczego miałabym nie grać? Nawet wygrywam.
- Tak dobrze zna się Pani na koniach?
- Coś tam o nich teoretycznie wiem. Odróżniam araba od folbluta, wiem, że jesienią klacze są silniejsze, a wiosną ogiery. Ale nie mogę powiedzieć, że się na koniach znam. A poza tym uważam, że jak się o czymś pisze to trzeba wiedzieć 10 razy więcej niż się to w książce wykorzysta.
- Czy oprócz koni ma Pani jeszcze jakieś hobby?
- Dwa miliony. Ja w ogóle mam same hobby i fioły. Jestem filatelistką i maniaczką bursztynów. Uwielbiam roboty ręczne, kompozycje z suchego zielska i słomy. Robię też kilimy. Chyba jedyną rzeczą, którą naprawdę umiem robić, to zestawienia kolorystyczne. To jest moja prawdziwa umiejętność, inne są mocno problematyczne.
JCh: Nie, do siebie. Nie podobają mi się wywiady ze mną. Szczególnie ta część, którą ja wygłaszam.
- A to dlaczego?
JCh: Bo trzeba by zmienić pytania.
- Są głupie?
JCh: Nie! W końcu można odpowiedzieć atrakcyjnie na każde pytanie, ale mnie to jakoś nie wychodzi.
- Nie martwny się na zapas, spróbujmy. Z wykształcenia jest Pani architektem. Dom Chłopa w Warszawie to Pani arcydzieło.
- Pracowałam przy jego wykonawstwie, a także nadzorowałam budowę pawilonu meblowego i mieszkaniówki NBP.
- Czy udało się Pani zrealizować jakiś własny projekt?
- Stałam kiedyś przed zaprojektowaną przez moją pracownię elektrociepłownią. Zachwycałam się, jaki to świetny projekt, jak nam się znakomicie udał. Tylko co za kretyn, co za idiota wymyślił te ceramiczne dachy nad portiernią i budynkiem administracyjnym? I przypomniałam sobie, że to byłam ja!
- Dlaczego wybrała Pani ten właśnie zawód, skoro już w wieku 10 lat pisała Pani powieści?
- Gdy miałam 16 lat byłam bardzo mądra, mądrzejsza niż teraz i wiedziałam, że należy znaleźć taką pracę, którą na pewno będzie się lubiło. A że miałam inklinacje do rysunku i wyobraźnię przestrzenną, poszłam na architekturę.
- A pisania Pani nie lubiła?
- Też. Ale moim zdaniem to nie wymagało specjalnych studiów polonistycznych. Miałam już dwie czy trzy wydane książki kiedy po przedłużonym pobycie w Danii znalazłam się bez pracy. Nie miałam też większych możliwości na jej znalezienie (bo była blokada etatów) a przed sobą perspektywę zawału, gdybym usiłowała pogodzić te dwa zawody. Musiałam więc któryś wybrać. I wybrałam ten właściwy.
- Czy powieści, które pisała Pani jako uczennica, to były kryminały?
- W bardzo wczesnych latach byłam zwolenniczką napisania wstrząsającego romansu.
- Kiedy to Pani przeszło?
- To wszystko bardzo porządnie opisałam we wstępie książki "Wszyscy jesteśmy podejrzani". Gdy miałam 11 lat przeczytałam utwór pt. "Straszny garbus". Czytałam tę książkę siedząc z nogami na krześle przy stole, na którym matka i ciotka układały pasjansa. W pewnej chwili matka spojrzała na mnie i bardzo spokojnym tonem powiedziała: "on stoi za tobą". Wrzasnęłam strasznie i zleciałam z krzesła. I wtedy doszłam do wniosku, że zbrodnia, sensacja, zagadka jest to coś znacznie bardziej atrakcyjne niż romanse.
- Czytuje Pani kryminały?
- Nagminnie i nieustannie.
- Dla inspiracji czy rozrywki?
- Jest to dla mnie niewątpliwie i rozrywka, i inspiracja ale często też powód do zdenerwowania. Wiele kryminałów jest napisanych okropnie. Obniżają rangę gatunku i przez to ten rodzaj twórczości jest uważany za coś gorszego.
- Podobno, żeby pisać kryminały trzeba mieć pokerową inteligencję, wielkie poczucie humoru, być dobrym psychologiem i mieć talent ani o włos mniejszy niż Stendhal?
- Brzmi to zachwycająco! Niektóre z tych cech niewątpliwie posiadam.
- Mianowicie?
- Poczucie humoru. Niedawno np. szłam po pustej ulicy i śmiałam się tak potwornie, że echo odbijało się od wydm.
- Co Panią aż tak rozbawiło?
- Nie co, a kto. Moja znajoma plastyczka - pani Jola, dama okazałej postury. Otóż pani ta pojechała do Nowego Jorku do rodziny. Oświadczyła już w progu, że nie życzy sobie żadnych opiekunek, miasto będzie zwiedzać sama, bo tak lubi. Rodzina po pewnym oporze ustąpiła, tłumacząc jej tylko dokładnie, jak Jola ma omijać Harlem, gdzie absolutnie jej noga stąpnąć nawet nie może. Jola wysłuchała uważnie, po czym zrobiła wszystko odwrotnie i całkiem nieoczekiwanie wylądowała pod kobylastym napisem "Harlem". Cóż, trzeba brać byka za rogi - pomyślała i energicznym krokiem podeszła do grupki wpatrujących się w nią murzyńskich wyrostków i oświadczyła: "Jestem polską rzeźbiarką, chciałabym dużo zwiedzić, mam nadzieję, że pokażecie mi Harlem". Chłopaki skamienieli do tego stopnia, że nawet oczami przestali mrugać, więc Jola - lekko zirytowana - powtórzyła z naciskiem swoje przemówienie. Po krótkiej dyskusji chłopcy oznajmili, że owszem, pokażą jej Harlem, ale muszą się do tego przygotować. Niech przyjdzie jutro punkt 12.00. Wróciła więc do rodziny i z dumą oświadczyła, że będzie zwiedzać Harlem. Rodzina w krzyk - jak to było, jak tyś się z nimi dogadała? No to Jola powtórzyła swoje expose. Po kwadransie konwulsji rodzina była zdolna do tego, by wyjaśnić, co naprawdę powiedziała Jola. Otóż murzyńscy chłopcy usłyszeli: "Dzień dobry, jestem polerowana rzeźba, przyjechałam do Stanów i proszę mi pokazać Harlem". Żeby chociaż zwykła rzeźba, ale polerowana!
- Podobno wszyscy bohaterowie Pani powieści istnieją naprawdę. Niektórzy poobrażali się śmiertelnie i mieli nawet zamiar wystąpić na drogę sądową?
- Już nie zamierzają, minęło im. Nie wszyscy na szczęście tak zareagowali. Lesio jest szczęśliwy. Powiedział, że mu się ten utwór przydał nadzwyczajnie! Od momentu, kiedy ukazała się książka o nim zaczął robić karierę.
- Doczekamy się dalszego ciągu Lesia?
- Dawno go nawet napisałam. A teraz przerabiam, bo pierwszej wersji nie przyjęto do druku.
- Z powodu?
- Słyszałam różne: że piszę idiotyzmy i nie ma powodu, żeby tę książkę wydawać. Że książka jest kompletnie nieaktualna, ponieważ takie sprawy jak: zatruwanie środowiska, śmierdzące powietrze czy promieniowanie wielkiej płyty w budownictwie zostały już pozytywnie załatwione i nie ma sensu tego wspominać, bo to historia. I poniekąd było to słuszne, bo rzeczywiście będzie to powieść historyczna.
- ?
- Z okresu międzykartkowego. Jak Pani zapewne nie pamięta kartki były w latach 40-tych. Potem nastąpił okres bezkartkowy aż do lat 80-ych. Jest to utwór właśnie z tych czasów.
- Gdy zaczyna Pani pisać książkę, wie Pani jak się ona skończy?
- Bywa różnie. Czasem piszę dla określonej sceny i do niej dorabiam początek i koniec. Bywa tak, że mam koniec i do niego zmierzam. A nieraz mam piękny początek, ale bladego pojęcia jak się to wszystko skończy.
- A bywa, że powieść rozrasta się w sposób niekontrolowany?
- Z reguły. Szczególnie te dla dzieci i młodzieży.
- A propos dzieci. Musi je Pani bardzo lubić, skoro poświęca im Pani tyle książek?
- Nie znoszę dzieci. Im jestem starsza, tym bardziej nie znoszę. Męczy mnie sama ich obecność. Niemniej nie przeczę, że na odległość bywają one szalenie interesujące. Ale pod warunkiem, że nie słyszę jak hałasują i nie ja jestem za nie odpowiedzialna.
- Gdy czytam Pani książki odnoszę wrażenie, że pisanie Panią bawi.
- Bo tak jest.
- Czy to znaczy, że przychodzi Pani z łatwością?
- Nie, z tym jest różnie. Zależy od nastroju, inwencji i samopoczucia. Jedno jest pewne - jeśli się człowiek męczy, to nic dobrego nie napisze.
- Myślała Pani o pisaniu scenariuszy filmowych?
- Zostałam do tego namówiona. Jest to jednak bardzo kiepskie zajęcie. W filmie najważniejszy jest reżyser, jego sposób patrzenia. A jeśli ja widzę inaczej, wychodzi z tego jakiś poroniony twór. W każdym razie dotychczasowe próby były zdecydowanie nieudane.
- A co Pani robi poza pisaniem?
- Maniacko lubię podróżować. Wydaję na to wszystkie pieniądze.
- Zdarza się Pani opisywać własne przygody?
- A cóż to ja jestem od macochy? Wszystkie opisane przeze mnie zdarzenia są reminiscencjami autentycznych wydarzeń. Niektóre przeżywałam sama, tak jak epokową i najdroższą w moim życiu podróż na trasie Kopenhaga-Warszawa.
- Uciekł Pani pociąg?
- Nie, moja przyjaciółka Alicja zdołała mnie wraz z 19 sztukami bagażu upchnąć na czas do bezpośredniego wagonu sypialnego z Kopenhagi do Warszawy. O 8.00 rano przyjechałam do Berlina i przypomniałam sobie, że na dworcu w Kopenhadze miałam wrzucić list, co zupełnie wyleciało mi z głowy. Wysiadłam szybko z wagonu, upewniając sie u konduktora, że pociąg postoi 5 minut i spokojnie udałam się po znaczek.
- A w kiosku był remanent?
- Nie skądże. Kupiłam znaczek, a gdy wyszłam zza tego kiosku ujrzałam tył oddalającego się wagonu. Co robić? Od razu zakwitła we mnie zdrowa myśl o taksówce. Po wielu trudnościach złapałam pojazd marki wołga i ruszyliśmy do Frankfurtu. Tam na dworcu czekali już na mnie jacyś ludzie dopytując, czy ja jestem "diese Dame?". Bez chwili wahania oświadczyłam, że oczywiście, to ja, bo któż inny? Okazało się, że mój pociąg odjechał 5 minut temu. Ale bagaż został. Niemiecki celnik, który stał w ostatnim wagonie i widział jak zostałam na peronie w charakterze półgłówka, wygarnął z mojego przedziału wszystko - tak dokładnie, że nawet śmieci z popielniczki wysypał. Leżało to w charakterze okropnej kupy, a na niej tkwił mój świeżo kupiony czarny kapelusz z wielkim rondem a la Greta Garbo. Jak zobaczyłam ten sponiewierany kapelusz, to czym prędzej wsadziłam go na głowę. I zaczęłam wykrzykiwać do celnika "Ich muss gehen nach Polen". Zgodził się chętnie.
- I poszła Pani?
- Akurat! Przecież miałam 19 sztuk bagażu. Szubko zmieniłam więc zdanie i stwierdziłam: "Ich muss fahren nach Polen". A z jechaniem to już znacznie gorzej - powiedzieli, bo najbliższy pociąg jest za 12 godzin. Więc znowu została taksówka. W oczekiwaniu na nią spacerowałam z celnikiem po nieprawdopodobnie obskurnym dworcu frankfurckim. A wyglądałam nader elegancko - w nowych butach z węża, rękawiczkach do łokcia i czarnym kapeluszu. Biedny celnik nie wiedział czy ma się spalić ze wstydu, czy być dumny z takiego towarzystwa. A żołnierze, jak Boga kocham, chodzili tyłem, żeby mnie tylko z oczu nie tracić.
W końcu przyjechała taksówka bagażowa ze strasznie sepleniącym kierowcą. Ruszyliśmy do Polski. W Świecku pognałam rączo do celników, a mój kierowca, nastawiony na to, że o mnie informacje podaje się sztafetą, bo ja głupia trochę i nie mówię jak człowiek, postanowił w tym czasie poinformować służby graniczne o co tu chodzi. I oni z tego jego seplenienia zrozumieli, że wiezie trupa. A w każdym razie jakieś zwłoki! Cóż, mogło być przecież i tak, ale czy zaplombowane? Nie, skądże, odparł, w takich drobnych kawałkach...
Zaczęto się zastanawiać, gdzie była taka potworna katastrofa, że zwłoki leżą w kawałkach, bo wdowę w tym kapeluszu, owszem, widzą. I ku wielkiej wszystkich radości, musiałam to odkręcać. W końcu do Warszawy jakoś dojechałam.
- Podróże to Pani jedyna pasja? Bohaterowie "Krokodyla z kraju Karoliny" świetnie radzą sobię na wyścigach konnych. Czy bywa Pani na Służewcu?
- Oczywiście. Uwielbiam konie, uwielbiam wyścigi konne i na każdym torze czuję się jak u siebie w domu.
- I gra Pani?
- A dlaczego miałabym nie grać? Nawet wygrywam.
- Tak dobrze zna się Pani na koniach?
- Coś tam o nich teoretycznie wiem. Odróżniam araba od folbluta, wiem, że jesienią klacze są silniejsze, a wiosną ogiery. Ale nie mogę powiedzieć, że się na koniach znam. A poza tym uważam, że jak się o czymś pisze to trzeba wiedzieć 10 razy więcej niż się to w książce wykorzysta.
- Czy oprócz koni ma Pani jeszcze jakieś hobby?
- Dwa miliony. Ja w ogóle mam same hobby i fioły. Jestem filatelistką i maniaczką bursztynów. Uwielbiam roboty ręczne, kompozycje z suchego zielska i słomy. Robię też kilimy. Chyba jedyną rzeczą, którą naprawdę umiem robić, to zestawienia kolorystyczne. To jest moja prawdziwa umiejętność, inne są mocno problematyczne.
Komentarze (0)
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze!
Powered by !JoomlaComment 4.0 beta1










