Poniżej prezentujemy fragment najnowszej powieści Joanny Chmielewskiej.
"Klara odpowiedź uzyskała wizualnie. Do salonu wpadły dwa czarne, zamaskowane potwory, trzeci zamajaczył mi w przedpokoju przy drzwiach wejściowych, za oknem mignęły jeszcze ze dwie sztuki, a może jedna, ale bardzo ruchliwa. Rany boskie, otoczyli cały dom, kogoś chyba pogięło, na plaster im takie oblężenie?! Co ja, u diabła, mam aż tak cennego…?!!!...
Pomyślałam o ogólnym pilocie alarmowym, który leżał przy moim tapczanie, spojrzałam na Małgosię. Chyba również o nim pomyślała.
– Do sypialni już też jeden poleciał – powiedziała beznadziejnie i nie ruszyła się z krzesła.
– Mnie się to chyba śni – oznajmiła Martusia, wpatrzona w scenę szeroko otwartymi oczami.
– Na plecach mają napisane, że policja – zauważył Witek beznamiętnie, obejrzawszy się za tym na schodach. – No i popatrz, wygrały!
Zgrupowani byliśmy wszyscy wokół dwóch stołów, razem siedem osób, z których cztery grały w brydża w holu, a trzy załatwiały różne sprawy przy stole jadalnym. Zastanowiłam się, co powinnam zrobić, bez względu na rozwój sytuacji nie miałam zamiaru tkwić na stojąco pośrodku domu jak zmurszały słup, stanowczo wolałam gdzieś usiąść. Uczyniłam kilka kroków i usiadłam przy jadalnym stole, odruchowo wybierając swoje stałe miejsce, gdzie akurat leżały moje papierosy. Po które przecież szłam.
Zamaskowańcy już się wdarli wszędzie.
– Policja, nie ruszać się! – zaryczał któryś groźnie i chrapliwie.
No i na plaster mu głupi i spóźniony okrzyk, skoro ja już siedziałam, a nikt poza tym nawet nie drgnął? A co by było, gdyby, na przykład, ktoś kichnął? Albo zemdlał…?
Nikt nie kichał i nie mdlał, krótko to trwało, ledwo chwilę, do salonu energicznie wkroczyło jakichś dwóch normalnych, w odzieży powszechnie używanej, z twarzami bez zasłon, bez dzikich błysków w oku i nawet dość przystojnych. Prawie równocześnie pojawiło się obok nich dwóch czarnych, jeden z głębi domu, drugi zszedł ze schodów.
– Pusto – zameldował jeden.
– Czysto – poparł go drugi.
Wielkie mi odkrycie. A czego się spodziewali? Karaluchów?
Panowie w garniturach identycznym gestem błysnęli nagle tym czymś, co na ogół uważa się za odznaki policyjne, i pogląd ogólny poparli słowem.
>– Policja – rzekł ostro jeden, potwierdzając rykliwy komunikat. – Proszę, żeby wszyscy…"
Joanna Chmielewska - "Porwanie", wyd. Klin, Warszawa 2009








http://betweenblankpages.wordpress.com/2009/11/29/porwanie-chmielewski ej-mnie-nie-porwalo/