Przez 181 stron Prus konsekwentnie zmierza do dramatycznego zakończenia, a ja mam teraz na czterech uzasadnić zakończenie pogodne. Czysty obłęd! - skarży się Joanna Chmielewska ale krok po kroku podpowiada jak zupełnie inaczej mógł Prus opowiedzieć historię Madzi z "Emancypantek"
Kierunek należałoby zmienić już od połowy czwartego tomu, część tekstu jednakże pozostawiając nietkniętą, żeby nie stracić wdzięku i uroku scen rozgrywających się pomiędzy naukowymi tyradami a nabożną lekturą. Osobiście podejrzewam, że owe profesorsko-kaznodziejskie fragmenty Prus pisał pod wpływem ataków wątroby bądź świeżo po wyjściu z kaca, chociaż o jego dolegliwościach zdrowotnych nic nie wiem, no a potem już musiał trzymać się wyoranej z wysiłkiem koleiny, która mu z tego wyszła. Jedną ósmą dzieła napisać na nowo...? Rany boskie!
Ten cały Zdzisław razem z galopującymi suchotami potrzebny w ogóle jak dziura w moście. Jeszcze tylko nieszczęsnej Madzi trądu i wszawicy brakowało. Krytykujmy sobie emancypację, jeśli koniecznie chcemy, ale przecież nie na bazie apokalipsy!
Nie, ja się na to nie zgadzam.
Zatem niech będzie, Zdzisława, skoro już się pojawił, w podróż wysłać trzeba, żeby rezygnacja z pracy u panny Malinowskiej przeszła Madzi bezboleśnie. Do Szwajcarii niech jedzie głupi hipochondryk, mniej chory, niż mu się zdawało. Solski mógłby go tam spotkać, jeden drugiego wspomógłby mocnym, męskim słowem, ale przy tym już się nie upieram.
Uporządkujmy wątki.
List od Zdzisława przyszedł, nie żadne kartki idiotycznie datowane, tylko normalna, radosna korespondencja. Zamknięty w sanatorium, więc na razie Madzia mu niepotrzebna, ale wraca do zdrowia ekstracugiem, ma przecudowne pielęgniarki i tylko patrzeć, jak na rekonwalescencję uda się do Włoch. Wtedy ściągnie siostrę, niech ta Madzia ma na co czekać.
Bez nadmiernej troski o brata Madzia ma wręcz obowiązek oprzytomnieć. Listów przychodzi więcej, coraz wyraźniej z nich wynika, że Zdzisław wróci do kraju zdrowy i z pielęgniarką w postaci małżonki trójkolorowej narodowości, włosko-niemiecko-francuskiej. Madzia spędza urlop w ogrodzie szarytek, nie przesadzając z nabożną lekturą, a za to częściej widując się z Adą. Wizyty panny Solskiej muszą zmiękczyć cnotę pani Burakowskiej i zostawić Madzi jej pokój, bo jednak co milionerka to milionerka.
Zdzisław z głowy. Lokal mieszkalny też.
Sen z oczu Madzi może spędzać już tylko mariaż przyjaciółki z łajdakiem, no i ten upadek moralny przez łajdaka spowodowany.
Niesłychanie trudno jest znaleźć w utworze jakąś jednostkę rozumną, inteligentną i przyzwoitą, do tego godną zaufania i pełną anielskiej cierpliwości. Ktoś przecież musi z tą Madzia pogadać jak człowiek z człowiekiem i wygrzebać ją z dna infantylizmu, skoro już Prus wrąbał ją w towarzystwo samych idiotek, z mamusią włącznie, oraz łobuzów, szubrawców i głupków. Na palcach jednej ręki można policzyć charaktery szlachetne, obdarzone, zapewne dla równowagi, mankamentami umysłowymi, więc też do niczego.
Przydałoby się może Madzi spotkanie z panną Joanną, pierwszą ofiarą pana Kazimierza, szczególnie gdyby nastąpiło bezpośrednio po wybuchu jego wysoce nagannej namiętności. Wzburzona Madzia, święcie przekonana, iż znalazła się na tym samym co Joasia haniebnym poziomie, mogłaby podzielić się z towarzyszką niedoli swoim bólem z racji upadku, Joasia zaś, wijąc się w atakach śmiechu, wyprowadziłaby ją z błędu. Najzupełniej wystarczyłby Madzi wstrząs wywołany korektą wiedzy o stosunkach damsko-męskich z odrobiną bodaj szczegółów, i mogłaby nawet w to okropieństwo nie uwierzyć, ale zawsze jakiś podkład już by zaistniał. Dębicki miałby ułatwione zadanie.
Bo jednak do racjonalnej konwersacji pozostaje tylko profesor, który już raz Madzię z głębin idiotyzmu wyprowadził, a że drugi raz mu się nie udało... Za słabo się starał. Ale profesor też człowiek i wśród roślinek chętnie posiedzi, a siostrzyczki go przecież wpuszczą, kilka spotkań z Madzią zatem odbywa. Tu zieleń, a tu nieco łagodnego rozsądku dozowanego porcjami. Nie powinno być trudne wyjaśnienie rozegzaltowanej dziewczynce, że uczuciami warto obdarzać także ludzi jako tako przyzwoitych, a nie tylko nędzników, mimo że ona z tych, co nad uschniętym listkiem płaczą przez tydzień. Tym sposobem już rusza reklama Solskiego.
A wspomaga ją nieźle przyszły dramat Ady. Warto mieć do niej dostęp, kiedy już pan Kazimierz zaprezentuje pazury i poszarpie na strzępy duszę małżonki, co, łatwo zgadnąć, nastąpi nieuchronnie. Jedyna pociecha, że będzie miała dzieci, które pozwolą jej pozostać przy życiu i uniknąć Tworek.
Solski wraca na grunt już nieco przygotowany, nie trzyma gęby na kłódkę, tylko wyjawia Madzi rozmiar uczuć do niej, "kocham cię, kocham" wrzeszczy, "tyś mi sceptr, tyś mi berło, tyś mi długi wiek i życie"... a nie, przepraszam, to Sienkiewicz, no to jakoś tam inaczej do jej serca trafia. Skomasowane wysiłki otoczenia z Adą i Dębickim na czele, tatusia można dołożyć, majora, pannę Cecylię, mogłaby i matka Apolonia za sakramentem małżeńskim poagitować, wszystko razem doprowadza wreszcie do ślubnego kobierca.
Żeby nie przesadzić - proszę bardzo, Madzia szkółkę w cukrowni prowadzi i rozmaite niedojdy po świecie zbiera, a Solski tylko drobne korekty wprowadza, rosnącym uczuciem do żony pałając. Kotowski świetnie się sprawdza jako lekarz, a Mania z domu Lewińska wielbi Madzię jak bóstwo. Helenę z domu Norską młody Korkowicz ukróca w wydatkach i wcale nie bankrutuje, Ada, otoczona trójką dzieci... troje bym jej przyłożyła, niech ma co robić... ślepnie i głuchnie na wszystkie łajdactwa pana Kazimierza, nie podupadając finansowo tylko dzięki twardej ręce brata.
Pan doktor Brzeski koresponduje z synem, pani Brzeska w glorii chodzi, elita Iksinowa żółknie z zawiści i nisko się jej kłania, a familia Solskich sinieje z furii i już wszystko jedno, czy uzna Madzię, czy nie.
Mógł Prus te sceny prześlicznie opisać i powinien był, bo za dużo miał naród nieszczęść z zaborami, żeby mu jeszcze dostarczać nieszczęść w lekturze. Nie opisał i za to mam do niego ciężką pretensję.
Happy end

Chmielewska naprawia błąd pisarza i proponuje "Emancypantki z happy endem.
Oto jej pomysł dla koneserów, którzy lubią czytać wersje rozszerzone
Wyszedłszy od szarytek, po kilkunastu krokach Dębicki jednakże zawrócił.
- Przejdę się - rzekł do swoich towarzyszy. - Trzeba myśli uporządkować, bo za dużo tu samych wrażeń. Za jakie dwie godziny zapraszam do siebie.
I nim zdążyli o co zapytać, poszedł z powrotem.
Postanowienie nie odzywania się i nie wtrącania w sprawę zbladło w nim tak, że prawie znikło. Przyszło mu na myśl, do czego sam przed sobą niechętnie się przyznawał, że cała sytuacja Madzi i jej wewnętrzne rany wzięły się z ogromnego stosu nieporozumień. Nie chciał się wdawać w skomplikowane stosunki pomiędzy panią Latter, jej dziećmi, rodzeństwem Solskich, a Madzią, choć przecie wiedział, kto tu przez kogo jest wyzyskiwany i kto czemu zawinił. Znał wszak Stefana, znał jego charakter i gwałtowność uczuć, wśród nich zaś rosnącej miłości do Madzi, ale nie chciał tego widzieć. Wszystko to razem stanowiło jakiś bardzo odległy margines, mało dla jego umysłu zajmujący, za to nieprzyjemny, i nie miał najmniejszej ochoty poświęcać mu swojego czasu i sił, które z góry uważał za zmarnowane.
Teraz jednak poczuł coś zbliżonego nieco do wyrzutów sumienia. Niechby Madzią podejmowała jakie zechce decyzje, ale nie powinna ich przynajmniej podejmować na podstawie błędu. Z błędnego założenia nie da się wysnuć trafnego wniosku i cała naukowa strona umysłu Dębickiego protestowała przeciwko zostawieniu pomyłki odłogiem, bez żadnej korekty. Szczególnie, że dla Madzi miał wielkie współczucie i czuł się na siłach dokonać sprostowania.
Wreszcie, był to chyba nawet jego obowiązek?...
Siedząc znów w ogrodzie szarytek, Madzią nie była zdolna do czytania, chociaż otwartą książkę trzymała w ręku. Miast liter widziała rozmazane smugi i niewyraźne obrazy, a w głowie czuła przerażający zamęt. Z zamętu wyłaniały się chwilami strzępy różnych doznań, to żalu, że coś straciła nieodwołalnie, to ulgi, że wyznała swój grzech i pozbyła się haniebnego ciężaru, to upokorzenia, że teraz już wszyscy się o jej upadku dowiedzą, to błogości, że tu oto, zamknięta za murami, jest bezpieczna, to przygnębienia, że wszystkiemu co zaszło, sama jest winna. Do strzępów przyplątało się uczucie jakiejś okropnej niepewności, przez którą nieznośne drżenie ogarniało jej całą osobę.
Nie usłyszała kroków ani szelestu i kiedy przed nią pojawił się nagle profesor Dębicki, przez chwilę sądziła, iż pada ofiarą halucynacji. Spróbowała się zerwać.
- Siedź, dziecko - powiedział łagodnie Dębicki i usiadł na ławeczce obok, ocierając pot z czoła. - Powinienem pani objaśnić niektóre rzeczy, ale musisz mnie wysłuchać spokojnie i zrozumieć co mówię. Będzie to wykład, jak na lekcji. Czy jesteś pani dość silna, żeby wysłuchać lekcji?
Żadne inne określenie nie byłoby równie skuteczne jak to. Lekcja. Z nawyku pilnego wysłuchiwania lekcji Madzią jeszcze się w pełni nie wyzwoliła, a przy tym lekcje ze starym profesorem zawsze były przyjemne. Co prawda zrozumiała tylko to jedno słowo, ale przynajmniej nie wybuchł w niej ani protest, ani bunt, ani przestrach. Pytająco i bez lęku spojrzała na Dębickiego.
- Jeżeli masz pani tylko jedno naczynie pełne wody - podjął profesor bez wstępów - i musisz podlać kilka grządek, przy czym na jednej z grządek rośnie groszek, na drugiej róża, na trzeciej mięta i rumianek, a na czwartej oset i pokrzywy, to od której z nich zaczniesz pani podlewanie? Na wszystkie grządki z pewnością nie wystarczy, więc od której zaczniesz?
Pytanie tak bardzo odbiegało od dręczących Madzię trosk, że zamrugała oczami, jakby nagle przebudzona. Co też najwięcej potrzebuje wody?...
- Róże najpierw - rzekła niepewnie. - Potem groszek, potem miętę...
- A co byś pani powiedziała o człowieku, który od pokrzyw i ostów zaczyna albo bez wyboru podlewa to róże, to oset i na resztę już mu braknie?
Stropiona i niespokojna Madzia patrzyła na Dębickiego. Niepokój był to już zupełnie inny, bliski wydawaniu zadanej lekcji, obawie, że się nie nauczyła albo źle zrozumiała i złą notę dostanie. I zmartwi profesora. Powinna pomyśleć, zastanowić się tak jak zawsze jej radził. Zarazem doznała wrażenia, że z jakichś mgieł i wizji niebiańskich, choć niewyraźnych, została ściągnięta na ziemię, która jej praktycznej wiedzy wymaga. Nie było to wcale przykre, drgnęło w niej uczucie, że jest czemuś potrzebna i nie może zatapiać się w owych mgławicach, bo musi tu spełnić jakiś obowiązek i stać się użyteczna. Oprzytomniała.
- Że ten człowiek chyba nie zna się na roślinach - powiedziała cicho. - Pan profesor wcale nie mówi o różach i ogródkach, prawda?
- Prawda - przyznał chętnie Dębicki. - Ale przykład jest tak prosty, że warto posłużyć się nim dalej. Co byś więc pani powiedziała o tym samym człowieku, który spotkawszy się z naganą na zwrócenie mu uwagi, że oto przez jego błąd pokrzywy i osty, rozrosłe bujnie, zagłuszyły i róże, i groszek, i miętę, najpierw zamyka oczy, żeby pokrzyw nie widzieć, a potem z załamanymi rękami ucieka, porzuciwszy nieszczęsne grządki?
Madzia milczała chwilę. Porzucony świat objawił się jej nagle w postaci zwiędłych róż i uschniętego groszku, żebrzących o kroplę wody. Serce ścisnęło jej się litością dla biednych roślin, ale obok litości pojawiło się ziarenko buntu.
- A jeśli ten człowiek został okropnie poparzony pokrzywami i pokłuty ostem?...
Pokrzywy są bardzo dobrym produktem leczniczym na reumatyzm - przypomniał Dębicki spokojnie. - Ból minie tak samo w ucieczce, jak i przy grządkach i konewce. Widzę, że już mnie pani rozumiesz i porzucam metafory, choć, prawdę mówiąc, jeszcze jedno: po cóż ten człowiek pchał się w pokrzywy? Wiedząc już, o czym jest mowa, Madzia nie zdołała stawić oporu. Siła przedstawionego wizerunku była zbyt potężna, ten oset, te pokrzywy... Rzeczywiście, po cóż ona się w nie pchała?
- Ten człowiek, to ja? - spytała gorzko, zanim ziarenko buntu zdążyło wykiełkować. - Nie wiem... Nie wiem dlaczego... Może to ja się nie znam na roślinach?
Żywym ruchem Dębicki okazał ukontentowanie i znów otarł czoło.
- No, tyle przynajmniej z tego dla mnie przyjemności, że okazujesz się pani godna opinii, jaką o tobie miałem. W tak ciężkim położeniu potrafisz rozumować i odgadłaś sedno sprawy. Moje dziecko... Nie znasz się na ludziach. A ja sobie czynię wyrzuty, że już dawno nie udzieliłem pani choć paru lekcji, nieprzyjemnych zapewne, ale użytecznych. Przebacz mi to i pozwól, że udzielę ci ich teraz. Wysłuchasz?
- Tak...
- Zaczniemy od pani Latter. Ostrzegam, że będę żądał od pani logicznego wnioskowania. Widziałaś pani w niej bóstwo pokrzywdzone i nieszczęśliwe. Czy była zupełnie samotna?
I znów wspomnienie pani Latter nie zdążyło w sercu Madzi obudzić bólu i współczucia, bo Dębicki mówił tak, jakby to był wykład naukowy. Na pytanie egzaminacyjne z wykładu należało po prostu odpowiedzieć bez żadnego wpadania w rozpacz.
- Nie. Miała dzieci. Syna i córkę.
- Czy to były małe dzieci?
- Ależ nie. Dorosłe.
- Właśnie, dorosłe - podkreślił profesor z naciskiem. - Starsze od pani. Czy nie od dorosłych dzieci należała jej się pomoc?
Z wielkim trudem, stopniowo, przez dotychczasowy zamęt w głowie i wszystkie ugruntowane pojęcia, nowa myśl zaczęła torować sobie drogę. Pierwszy raz dotarło do Madzi takie pytanie. Pani Latter, szamocząca się w matni, zgnębiona... Matka... Dla dzieci... Ale dzieci dorosłe...
- Gdyby pani matka znalazła się w takim położeniu jak pani Latter - dołożył profesor - czy żądałabyś od niej pieniędzy?
Płomień buchnął w piersi Madzi i rumieńcem wybiegł jej na twarz. Ona! Od matki... W takim położeniu... Ależ przenigdy!...
- Czyż więc dzieci pani Latter nie miały tu żadnych obowiązków?...
Wiedziony naturalną dla niego potrzebą wprowadzenia porządku chronologicznego Dębicki bezwiednie wybrał najwłaściwszą drogę. Na nic by się nie zdało rozważanie z Madzią jej własnych błędów, doznań i krzywd, rozważanie cudzych natomiast od razu trafiło do jej skłonności zajmowania się innymi. No tak, istotnie, Helena i Kazimierz też chyba zawinili?... Ale to przecież nie to samo! Jak można w ogóle ją z nimi porównywać. .. Geniusz pana Kazimierza, jego wspaniała idea społeczna, piękność Heleny i jej przyzwyczajenie do zbytku...
Nagle przypomniała jej się panna Malinowska, mówiąca, że pani Latter straciła wszystko, bo żyła jak wielka dama. Sama sobie szkodziła. Na dzieci... wszak dorosłe!... wydawała majątek.. .Cóż ona, Madzią, mogła na to poradzić...
Profesor trzymał się swojej pierwotnej koncepcji.
- Prostujmy pomyłki. Pani Latter nie popełniła samobójstwa. W swoim pomieszaniu i niecierpliwości, nie mogąc doczekać się promu, chciała wezwać łódkę z przeciwnego brzegu i w dążeniu ku niej wpadła do wody. Była to nieostrożność i nieszczęśliwy wypadek.
Skąd pan profesor to wie?...
- Wiejski chłopak ją widział z drugiej strony rzeki, ale nic na to nie mógł poradzić. To jedno. A następnie, ostateczną przyczyną ucieczki pani Latter nie były pieniądze, tylko odkrycie, że pan Norski, ukochany syn, sfałszował jej podpis na wekslach.
O dziwo, Madzią nie poczuła się tym wstrząśnięta. W jej pojęciu pan Kazimierz był już zdolny do wszystkiego najgorszego. Poczuła nawet rodzaj ulgi, że przekroczył jakąś granicę, poza którą ona sama nie ma już nic do roboty.
Stopniowo, krok po kroku, Dębicki bezlitośnie zmuszał Madzię do logicznego myślenia. Zadawał pytania i cierpliwie czekał na odpowiedź. Krok po kroku Madzią przedzierała się przez manowce swoich powierzchownych poglądów, walcząc ze zwałami głuszących je uczuć. Dębicki nie ganił uczuć, ukazywał tylko ich skutki, starając się o przykłady uboczne, jak chociażby ból zadany osobie, której trzeba wydłubać głęboko wbitą drzazgę albo uczęstować ją obrzydliwym lekarstwem. Stwierdziwszy na wstępie doskonały efekt owych pokrzyw i ostów, nawracał do nich niekiedy.
Cierpliwość została wynagrodzona. Madzi istotnie potrzeba było chwili odpoczynku i świadomości, że jest bezpieczna, a Dębicki swoim spokojem nie burzył atmosfery klasztornego ogródka. Był przy tym człowiekiem w pełni godnym zaufania i z pewnością życzliwym, mogła więc z nim rozmawiać, jak z nikim innym. Rozmowa ją otrzeźwiła. W nadspodziewanie szybkim tempie spadała z niej gnębiąca udręka i racjonalizm profesora brał górę. Nie czuła się zmęczona, przeciwnie, doznawała wrażenia, że zażywa jakiś lek, który przywraca jej rozsądek i zdolność istnienia nawet w tym okropnym świecie, szczególnie, że z naukowych wywodów jasno wynikało, iż nie ona wyłącznie wszystkiemu była winna. Zawiniła tylko naiwnością, zbytnią ufnością i brakiem zastanowienia.
- Do niczego nie mam zamiaru pani namawiać - rzekł wreszcie profesor - ale muszę wyjaśnić jeszcze dwie kwestie. Jedną z nich winna pani sama rozważyć, bez niczyjego nacisku, o drugiej za chwilę. Oddając swoje siły, tę wodę z konewki, pokrzywom i ostom, czyli ludziom, którzy na to w żadnej mierze nie zasługują, odbiera je pani tym, którym rzeczywiście pomoc i ratunek potrzebne. Nie ma już wody dla róż i groszków. Uciekając, zostawia je pani na pastwę losu. Narażając siebie na oparzenia i ukłucia, daje im pani nadzieję odżycia, tę wodę i pomoc. A gdyby jeszcze ktoś pomocny przynosił pani drugą konewkę... Sama pani musi dokonać wyboru.
- Któż to jest, te róże i groszki? - spytała Madzia z niedowierzaniem, ale już skłonna znów poświęcać się i uszczęśliwiać, tyle że bardziej rozumnie. - I kto miałby dla mnie nosić konewki?
Dębicki westchnął smutnie.
- Co do pierwszego, nie szukając daleko, chociażby panna Solska...
- Ada?... - zdumiała się Madzia.
- Panna Ada wychodzi za pana Norskiego. Czy rzeczywiście może pani mniemać, że czekają szczęście niczym niezmącone?...
Łajdactwa pana Kazimierza Madzia zdołała już przyjąć do wiadomości i przyszło jej to z zadziwiająco małym trudem, o co wszak pan Kazimierz sam się postarał. Zapomniała tylko o Adzie. W mgnieniu jasnowidzenia pojęła nagle, że Dębicki ma słuszność, pan Kazimierz uszczęśliwi jej przyjaciółkę tak samo jak uszczęśliwił własną matkę. Ada, zrozpaczona, wyciągana z jakiejś rzeki, jak pani Latter...
Wstrząs był potężny, wizja przeraziła ją do utraty tchu.
- Cóż ja mogę?... - szepnęła bezradnie.
- Podtrzymać na duchu. Pocieszyć. Czyja wiem, ja tego z pewnością nie umiem, nie znam naukowej formuły dla wzajemnych stosunków młodych dam... Ale że będzie to jedno z najgłębszych rozczarowań i nieszczęść osobistych, rzecz jest pewna.
Oszołomiona zgrozą Madzia milczała tak długo, że Dębicki westchnął i podjął:
- Druga kwestia jest dla mnie trudniejsza. Czy wysłucha pani uważnie tego, co powiem?
Z wysiłkiem Madzia zdołała się otrząsnąć. Nic już chyba gorszego nie usłyszy. Nieszczęsna Ada!...
Kiwnęła głową bez słowa.
- Nie ja powinienem pani takie rzeczy mówić - ciągnął Dębicki z lekkim zakłopotaniem - ale nie widzę nikogo, kto by mnie w tej chwili zastąpił. Otóż... Popełniła pani gruntowną pomyłkę.
Zamilkł i teraz on milczał dla upewnienia się, że znów jego słowa do Madzi dotarły. Nastąpiło to wreszcie. Odezwała się zdławionym głosem.
- Ja... Popełniłam tysiąc pomyłek...
- Niemożliwe. Tysiąca popełnić w swoim życiu nie zdążyła pani żadnym sposobem. A ta jedna dotyczy poglądu pani na wydarzenie, określone mianem należenia do jakiegoś mężczyzny. Jest to jedna z największych bredni, jakie w życiu słyszałem. I z tego błędu bezwzględnie trzeba panią wyprowadzić.
Madzi do reszty zabrakło tchu. Wstyd śmiertelny, oburzenie na profesora, że przypomina tak straszną nieprzyzwoitość, zaskoczenie, zdumienie, błyśniecie iskierki nadziei, wszystko to nastąpiło jedno po drugim z prędkością błyskawicy i zawirowało jej w głowie. Zwinięte w pięści dłonie przycisnęła do piersi.
- Ja... Jak to... - wybąkała.
- Zwyczajnie. Pocałunki, jako takie, spotyka pani wszak na każdym kroku i nic zupełnie z nich nie wynika. Jest to objaw przyjaźni, miłości macierzyńskiej lub braterskiej i siostrzanej, upodobania... Całuje pani małe dziecko albo dziecko całuje panią, a przecież nie uważa pani, że od tej chwili dziecko należy do pani, czy też pani do dziecka. Czyż nie tak?
Zamilkł w oczekiwaniu odpowiedzi. Wir okropny w głowie Madzi począł zwalniać swoje obroty. No rzeczywiście, dziecko, cóż za pomysł, żeby od razu brać je w swoje posiadanie... Przyjaciółki... Brat... Ale przecież to nie są osoby obrzydliwe... To chyba jednak co innego?...
Ale... Ale to było... Wstrętne!
- Owszem, bywają pocałunki wstrętne. Nie przypuszcza pani jednak, żeby w związku dwóch osób, w małżeństwie powiedzmy, głównym uczuciem był wstręt? Och... Ależ nie!... To byłoby... Nie do zniesienia!...
- Słuszna uwaga. W pani wypadku nastąpiło coś, co niestety dość często się zdarza, mianowicie źle wychowany młodzieniec ordynarnie dał wyraz swojemu upodobaniu. Nie sądzę bowiem, żeby to pani rzuciła mu się w objęcia, raczej to on wykorzystał pani zaufanie, może zamyślenie, może jakiś przejaw pani dobroci. Pani mu się podobała. Ujawnił to brutalnie i głupio. Pani z pewnością zaprotestowała?
W głowie Madzi przestało się kręcić, za to okazało się, że turkocze w niej młyn. Od czasu do czasu spadały na nią młyńskie kamienie, ale tajemniczym sposobem profesor je odrzucał. Po każdym takim odrzuceniu dookoła robiło się jakby jaśniej. Ostatnie pytanie zatrzymało nieznośny turkot i uchyliło zamknięte dotychczas okno. Oderwała ręce od piersi i wyprostowała się z błyskiem oburzenia w oczach.
Oczywiście! Natychmiast! To znaczy... Po chwili... Bo... Nie wiem... Panie profesorze, ja chyba zdrętwiałam...
- Trudno się dziwić. Zaskoczenie. Nie spodziewała się pani przecież podobnego ataku. Więc o żadnym należeniu w ogóle nie może być mowy, całe to wydarzenie w ogóle pani nie dotyczy. Jak to?...
A tak, że niech pani pomyśli. Gdyby ktoś dla głupiego żartu rzucił pani na suknię grudkę błota, nie uważałaby pani przecież, że już nigdy nie będzie pani czysto ubrana i że tę zbrukaną suknię musi pani nosić do końca życia. Tu nastąpiło coś bardzo podobnego. Należy uprać suknię, umyć twarz, i jak najszybciej o tym zapomnieć, bo pamiętając o wstrętnym wypadku czyni pani zaszczyt jego sprawcy. Nie ma pani chyba zamiaru pielęgnować tej pokrzywy?
Znów pokrzywa! Wyobraźni Madzi pojawił się nagle pan Kazimierz w doniczce, cały porosły parzącymi liśćmi, starannie podlewany, pielęgnowany... Aż się otrząsnęła. Równocześnie słowa profesora powoli stawały się czymś w rodzaju nożyc, rozcinających gruby, twardy, czarny całun, który odgradzał ją od świata. Od wszystkiego w ogóle, od ludzi, od szczęścia, od przyszłości, od blasku słońca i od zwykłej, beztroskiej radości. Jakże to, czy doprawdy aż tak dziwnie mogła się pomylić?... Cóż więc staje się hańbą i upadkiem?... Joasia... Stella...
Jakby śledząc bieg jej myśli Dębicki dodał:
- Wszak serca pani tej... znajomości... nie oddała? Nie odczuła pani nieprzepartego pociągu do owego... brutala? Nie pragnęła pani... na przykład małżeństwa z nim?
Pomysł poślubienia pana Kazimierza wydał się Madzi tak niedorzeczny, że mimo woli wzruszyła ramionami, co Dębickiemu starczyło za odpowiedź. Ciągnął dalej.
Tyle czułem się w obowiązku pani wyjaśnić, bo taka pomyłka może niewinnemu człowiekowi złamać życie i unieszczęśliwić wielu. Do nikogo pani nie należała i nie należy, chyba do siebie samej. I nawet grzechu w tym nie było, w czym bez trudu upewni panią każdy spowiednik...
W Madzi dokonywała się wielka odmiana, kolor jej twarzy i wyraz oczu wyraźnie świadczyły, że prawie gotowa jest wracać do życia. Resztę należało zostawić jej zdrowej, choć poranionej duszy i tej odrobinie rozsądku, który z pewnością gdzieś się w niej kołatała. Profesor to widział.
Już podnosząc się z ławeczki, rzekł:
- Nie pytam ,kto był owym źle wychowanym łajdakiem i nie chcę tego wiedzieć. Radziłbym pani tylko zachować jego nazwisko przy sobie, w sekrecie przed wszystkimi. Skutki wyjawienia go mogłyby sprawić zbyt wiele nieszczęść. Uznajmy, że był to obcy zupełnie, piramidalnie głupi fircyk, który przyczepił się do pani na spacerze...
O dziwo, Madzia zrozumiała. Pan Kazimierz przemienił się nagle w owego natręta z Ogrodu Saskiego, połączył się z nim i razem stali się jedną osobą. I doprawdy taką osobę łatwo było wyrzucić z pamięci!
Całą noc miała na myślenie i uprzątanie ruin, w które zamieniły się jej dotychczasowe przekonania. Pani Latter zepchnięta z piedestału, podłość ludzka i głupota, przyszłe nieszczęścia Ady, żal do Zdzisława, który odtrącił jej troskę, wszystko zyskiwało jakieś inne oblicze, a równolegle bladło i stawało się tłem. Na tym tle najwyraźniej majaczyła nadzieja, pomieszaną z niewiarą. Nadzieję dał jej profesor, któremu Madzia wierzyła święcie. Jak to, więc znów pomyliła się tak okropnie? Nie jest skazana na pokutę i samotność do końca życia, nie stała się kobietą upadłą?... Nie musi rezygnować... rezygnować z... no, rezygnować... ze wszystkiego...
Na tej rezygnacji Madzia o świcie wreszcie zasnęła.
Mnóstwo wysiłku kosztowało Dębickiego powstrzymanie Stefana od popędzenia do szarytek o wpół do jedenastej wieczorem. Nazajutrz o ósmej rano już go nie zdołał zatrzymać.
Doczekawszy się w parlatorium matki Apolonii, hamując niecierpliwość, poprosił o widzenie się z Madzia. Szarytka zawahała się.
Ani Dębicki, ani Madzia nie wiedzieli, że odnalazła ich w ogrodzie wczorajszego wieczoru i długo stała, przysłuchując się rozmowie, którą w pierwszej chwili chciała przerwać. Jednak, usłyszawszy kilka zdań, zmieniła postanowienie. Ona również, tak jak profesor, zauważyła postępującą w Madzi odmianę i postanowiła zaczekać na efekty. Nie mówiła z nią później, zostawiła ją w spokoju aż do rana, a teraz nie widziała jej jeszcze, bo Madzia spała dziś dłużej niż zwykle. Ten sen wydał się matce Apolonii dobrym znakiem.
- Nie wiem - rzekła do Solskiego. - Ja sama nie mam nic przeciwko temu, ale Madzia...
- Wiem od mojego przyjaciela, profesora Dębickiego - przerwał Solski, korzystając z jej chwili wahania - że panna Brzeska zaczęła odzyskiwać równowagę. Rozmawiali wczoraj długo, profesor wyjaśniał pannie Brzeskiej nieporozumienia... Dał mi nadzieję, że może... mógłbym również... bodaj upewnić ją... Postępowałem najgłupiej w świecie...
- Wiem - rzekła cierpko matka Apolonia. - Proszę poczekać, zobaczę czy można powiadomić Madzię o pańskiej obecności...
Paręnaście minut oczekiwania doprowadziło Solskiego do stanu całkowitego otumanienia. W chwili gdy w drzwiach za matką Apolonią ukazała się Madzia zdecydowanie już mniej blada i mizerna, Solski był właśnie w fazie przypisywania całej winy sobie i uważania się za najpodlejsze bydlę na ziemi. Jak mógł... Jak mógł?!...
Na bardzo długą chwilę zapanowało milczenie. Wreszcie Madzia podniosła wbity w ziemię wzrok. Solski ukląkł przed nią...
Z wielką ulgą matka Apolonia pomyślała, że Madzia pozostanie pod jej opieką o wiele krócej niż ktokolwiek mógłby się spodziewać...
Opis wrażenia, jakie ślub Madzi z Solskim uczynił na całym stołecznym i prowincjonalnym społeczeństwie, i rozległości jego skutków wymagałby piątego tomu.







